Byłem w niemałym szoku, widząc lineup pierwszej edycji Music Power Explosion. Wśród występujących byli między innymi Tom Swoon czy Felix Jaehn, ale przede wszystkim Avicii. Były to uznane nazwiska, jednak to co przygotowała dla nas agencja Prestige MJM w tym roku przeszło najśmielsze oczekiwania. Po raz pierwszy od kilku lat w Polsce wystąpił Tiesto, do tego pierwszy raz w naszym kraju gościliśmy Zedda, prócz nich wystąpili również Steve Aoki, Afrojack, Don Diablo, Blinders oraz DJ Kuba & Neitan.

Tyle teoria, ale jak cała impreza wypadła w praktyce?

Stadion Śląska Wrocław, na którym odbywał się cały event był położony dosyć daleko od dworca, co mogło sprawić pewne problemy komunikacyjne, jednak 20-25 min jazdy tramwajem nie jest złym wynikiem. Na wejściu było bardzo mało kolejek, praktycznie nikt nie czekał dłużej niż kilka minut. Pewnie dlatego, że wiele grup wchodziło o różnych godzinach, niektórzy przyszli dopiero na Tiesto. Na samym stadionie z napojów alkoholowych dostępne było tylko piwo 3,5%, z racji przepisów prawnych dotyczących imprez masowych. Oprócz tego cola, woda, popcorn, czy zapiekanki… Do „wodopoju” kolejki były duże, tak samo jak do toalety, ale jest to standard na tego typu imprezach. Osobiście ucieszyło mnie, że było bardzo mało ludzi pod wyraźnym wpływem narkotyków, nie było żadnych spornych sytuacji, nikt się do nikogo nie „rzucał”, chociaż przedział wiekowy uczestników eventu był szeroki.

Jeszcze odnośnie organizacji – nie podobało mi się, że ludzie, którzy kupili droższe bilety na trybuny, nie mogli wejść na płytę, zaś osoby z biletami na płytę swobodnie mogły siadać na trybunach. Ewidentnie coś tu poszło nie tak. Sama scena również nie robiła gigantycznego wrażenia, mimo że miejsca było bardzo dużo, w końcu event odbywał się na stadionie. Żeby być szczerym – efekty pirotechniczne trochę nadrabiały, ale również odniosłem wrażenie, że mogły być na wyższym poziomie.

Ostatnim już minusem jest moim zdaniem czas imprezy, która po prostu zbyt wcześnie się zaczęła, przez ¾ imprezy było widno, co zabrało dużo klimatu setom poszczególnych didżejów. W pobliżu nie było dużo bloków mieszkalnych czy domów, obiekt znajduje się na wylotówce z Wrocławia, więc spokojnie można było skorygować godziny występów, co dałoby na pewno lepszy efekt.

Ale dobra – trochę sobie ponarzekałem, to teraz pora na najważniejszą część, czyli występy artystów. Na Kubę i Neitana nie dotarłem, więc się nie wypowiem. Pierwszym setem, który było mi dane usłyszeć, był występ Blindersa. Chyba już piąty raz słyszałem go na żywo i w dalszym ciągu mam takie same zdanie – jego występy są świetne. „Okami”, remiks do „Center Of The Universe” Axwella, czy „Sirene” – przy tych trackach nie można przejść obojętnie. Energia aż bije z setów Mateusza, dla mnie najlepszy Polak w świecie EDM obecnie.

Następnie na scenie pojawił się Afrojack. Słyszałem go już na Wiankach w Warszawie w zeszłym roku, więc wiedziałem, czego się spodziewać… Ale to nic złego – był ogień! Holender ani trochę nie zawiódł, pierwsza faza seta to mocarne dutch house’y, a druga część i końcówka – co mnie bardzo ucieszyło – to progressive: „New Memories”, czyli kolaboracja z DubVision, czy remix Nicky Romero do utworu Afro „One More Day” – innymi słowy naprawdę bardzo fajny i dość zróżnicowany set.

W dalszej kolejności ten, który miał chyba najwięcej fanów na stadionie, czyli Don Diablo. Wiadomo, czego można było się spodziewać – Donowe klasyki, wydania z wytwórni Hexagon, nowy collab z Zonderlingiem, czy kilka IDs. Don trzyma poziom od kilku lat i niezmiennie ma świetny kontakt z publiką, co pokazuje dlaczego ma tylu fanów. Set bardzo dobry.

Jednak to nie był koniec atrakcji, bowiem po Holendrze przyszedł czas na występ, na który chyba czekałem najbardziej – bowiem po raz pierwszy w Polsce zaprezentował się Zedd. Słuchałem jego setów z Ultra Miami i wiedziałem, że jest na co czekać. Nie zawiodłem się ani trochę – pojawiły się największe hity Niemca pokroju „Clarity” czy „Spectrum”, ale także kilka soczystych elektryków, od których włos się jeżył na głowie, czy jeden z moich ulubionych remiksów włoskiego duetu Merk & Kremont – mianowicie ten do utworu „Rather Be” zespołu Clean Bandit. Wszystko to złożyło się na świetny efekt. Jeśli będziecie mieć możliwość wybrać się na jego sety, to serdecznie polecam – na pewno się nie zawiedziecie.

Przedostatnim wykonawcą tamtego wieczoru był długowłosy Steve Aoki. Nie da się ukryć, że gość potrafi zrobić show. Podczas występu Amerykanina było już całkiem ciemno, co tylko spotęgowało efekt. Scena pokazała swoje możliwości, a Aoki, jak to on, walił potężnymi big roomami. Zdania na temat jego stylu są podzielone – jednym się to podoba, drugim nie – ale myślę, że warto choć raz doświadczyć jego seta na własnej skórze…
Spokojnie, tortami też rzucał, nie zapomniałem o tym 😉 Jesli wierzyć organizatorom, to było ich 10. Nawet fajnie się to ogląda na żywo.

Z daleka, rzecz jasna 😉

Na liście została już tylko gwiazda wieczoru, czyli Tiesto. Holender zmieszał chyba wszystkie gatunki w tym secie, od big roomów, przez future, progressive, czy hardstyle – no dosłownie bawił się wszystkim. Super było zobaczyć taką legendę na żywo, ale set sam w sobie bez większej rewelacji. Tijs nie tryskał taką energią, jak kiedyś, widać że lata robią swoje. Warto dodać, że wystep trwał prawie 2 godziny, co na pewno warto zaliczyć na duży plus. Pod koniec seta nie lada gratka dla starszych fanów Tijsa – „Adagio For Strings”. Klasyk jak się patrzy, nadal robi robotę, widać było uśmiechy na twarzach fanów Holendra 

Ogólnie rzecz biorąc, Music Power Explosion 2018 oceniam bardzo dobrze, wiele aspektów zostało zrealizowanych na wysokim poziomie, każdy z didżejów dotarł na czas i zagrał swoje (co nie jest standardem na polskiej scenie eventowej), ogólnie organizacja też bez większych zarzutów. Na pewno przez dłuższy czas będę wspominał ten event. Agencja Prestige MJM to profesjonalna grupa ludzi, wszystko było dopięte na ostatni guzik, nie pozostaje mi nic innego jak czekać na kolejną edycję MPE z kolejnymi mega gwiazdami!