Rok 2020 pod względem festiwali został już spisany na straty niemal na całym świecie. Przymusową przerwę musieli sobie zrobić organizatorzy imprez, którzy zazwyczaj przenosili się do internetu w celu sprawienia przyjemności fanom. Ci chętnie z tego korzystali, ale jednocześnie rezygnować z dobrej zabawy w formie fizycznej, mimo restrykcji, nie chcieli. Stąd też wiele mniejszych imprez, nierzadko organizowanych na granicy prawa. Na podobny pomysł wpadli również entuzjaści Burning Man – jednego z najbardziej spektakularnych eventów w Stanach Zjednoczonych.

Organizatorzy tego wydarzenia – zważywszy na zagrożenie epidemiologiczne – byli zmuszeni odwołać tegoroczną edycję. W zamian, w dniach 30 sierpnia – 6 września mogliśmy oglądać występy online w ramach Burning Man Multiverse. Fanom imprezy na pustyni w Nevadzie z pewnością to nie wystarczyło, dlatego postanowili… spotkać się tam, gdzie zazwyczaj powstaje Black Rock City.

Impreza odwołana, więc zorganizowali się sami

Szacuje się, że osób chcących kultywować w tych trudnych czasach tradycję Burning Man, było ponad tysiąc. Powstały nawet prowizoryczne kukły – na wzór tych, które zazwyczaj są palone w punkcie kulminacyjnym wydarzenia.

Inicjatywa fanów dobrej zabawy nie spodobała się władzom San Francisco, pod które administracyjnie podlega ten pustynny obszar. Swoją bardzo krytyczną opinię wyraziła na Twitterze burmistrz miasta, London Breed.

Zeszłej nocy ponad 1000 osób zgromadziło się na Ocean Beach, aby uczcić Burning Man. To było absolutnie lekkomyślne i samolubne. Wy nie świętujecie, tylko narażacie życie ludzi. Narażacie nasz postęp na ryzyko. Nikt nie jest odporny na rozprzestrzenianie się wirusa.

London Breed, burmistrz San Francisco

Inicjatywa ambitna i warta docenienia – szczególnie, że mówimy o akcji oddolnej, zrealizowanej rękoma fanów Burning Man. Z drugiej strony jednak duże skupiska wciąż stanowią pewne ryzyko. Jak widać na tym, ale także na wielu innych przykładach, to ryzyko najwyraźniej jest zbyt małe, żeby powstrzymywać się od dobrej zabawy.