Każdy, kto choć trochę śledzi polski internet okołoklubowy, prędzej czy później trafił na ten obrazek. Po jednej stronie holenderscy DJe ciągną się nawzajem w górę, a po drugiej Polacy spychający się ze schodów.

Mem dobrze trafia w nasze kompleksy, bo Niderlandy od lat są światową potęgą muzyki tanecznej. Tiësto, Armin van Buuren, Hardwell, Afrojack czy Martin Garrix regularnie zajmują czołowe miejsca w rankingach, Amsterdam co roku gości branżę podczas ADE, a o spójności tamtejszej sceny mówi się czasem półżartem „holenderska mafia”. Na tym tle łatwo uwierzyć, że u nas wszystko działa odwrotnie. W tym tygodniu z tą narracją postanowił się rozprawić ktoś, kto zna obie strony.
Cudze chwalicie…
Kuba Wroński, czyli połowa duetu DJ Kuba & Neitan (drugą tworzy Adrian Pastuszak), od lat należy do najbardziej rozpoznawalnych nazwisk polskiej sceny. Produkcje duetu wspierali między innymi Tiësto, Hardwell i Afrojack. Kuba ma przy tym niderlandzki background, więc jego słowa trudno zbyć jako spojrzenie z jednej strony. Swoją opinię nagrał na Instagramie. Pełną wypowiedź przytaczamy poniżej.
Jest taki słynny obrazek, widziałem go wiele lat temu, gdzie jest pokazane, jak to holenderscy DJ’e siebie wspierają nawzajem, cisną do przodu, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. A Polacy, no to jak to Polacy, tylko rzucają sobie kłody pod nogi, żeby druga osoba miała gorzej. I szczerze mówiąc, większej ściemy to w życiu nie słyszałem. Nie wiem czemu, ale mamy taką tendencję do umniejszania sobie z jakiegoś powodu. Nie przypominam sobie sytuacji, w której ktoś nam nie pomógł, w momencie gdy potrzebowaliśmy pomocy, jakiejś rady, czy jakiegoś kontaktu. Czy to Skytech, Fafaq, Adam de Great, Max Farenthide, Matt Bukovski, tak naprawdę cała branża. Mam wrażenie, że zawsze mogliśmy na siebie liczyć. A co do holenderskiej (sceny – przyp.red.), no to myślę, że jakby wypłynęło parę informacji, to bylibyście mocno zdziwieni.
Kuba Wroński (DJ Kuba & Neitan)
Najciekawsze jest tu to, kogo Kuba wymienia. Skytech, Fafaq, Adam de Great, Max Farenthide i Matt Bukovski to artyści z różnych pokoleń i nisz polskiej elektroniki, często z tych samych lineupów i walczący o tę samą publiczność. Jeśli mimo to dzielą się kontaktami i radami, to mem o kłodach rzucanych pod nogi mówi więcej o tym, jak sami o sobie myślimy, niż o realiach branży.
Drugiej części wypowiedzi Kuba nie rozwinął i nie będziemy dopowiadać za niego. Przypomnijmy jednak, że holenderska scena też ma za sobą publiczne konflikty. Najgłośniejszym był spór Martina Garrixa z jego byłym managementem i Spinnin’ Records, który w 2015 roku trafił do sądu. Za fasadą „jeden za wszystkich” również zdarzają się zgrzyty. My jednak, z racji bańki informacyjnej i zapewne innego sposobu rozgrywania konfliktów u Holendrów, możemy tego nie dostrzegać.
Ta wypowiedź nie dowodzi, że polska scena jest wolna od konfliktów, ani że holenderska to jedna wielka rodzina. Przypomina raczej, że umniejszanie sobie to nasz narodowy sport. Mamy dziś artystów, którzy grają na największych festiwalach i wspierają młodszych kolegów. Czasem wystarczy to po prostu zauważyć, zamiast wciąż szukać wzorów za granicą. Polacy serio nie mają się czego wstydzić.
