Hardstyle po trzech latach wrócił do domu. Relacja z Defqon.1 2022

Po 3 latach przerwy Defqon.1 powrócił! Oto relacja Werokini Guder z wyjazdu na jedyny w swoim rodzaju hardowy festiwal wraz z Hardtripami.

kontakt

Defqon.1 2022 przeszedł już do historii. Największy festiwal muzyki hard powrócił po trzech latach nieobecności, po raz pierwszy w formule czterodniowej. Bez wątpienia jest on festiwalowym punktem obowiązkowym na mapie każdego fana muzyki hardstyle, a wręcz dla niektórych jednym z marzeń na liście do zrealizowania przed śmiercią. Wydarzenie organizowane przez Q-Dance ściąga dzikie tłumy fanów z całego świata, a w tym roku zdarzyło się, że miałam okazję wybrać się tam również i ja. Był to mój pierwszy w życiu Defqon.1 i ogólnie pierwszy tak duży zagraniczny event. Emocje zaczynają już powoli opadać, jest więc to też odpowiedni moment, by podzielić się moimi przeżyciami i doświadczeniami, które towarzyszyły mi przez tych kilka niesamowitych dni na Defqon.1 2022.

Wyjazd z HardTripami

Zdecydowaliście się, że chcecie odwiedzić Defqon.1 i pojawia się pytanie – jak się tam dostać? Jeśli jeszcze o tym nie słyszeliście, to z pomocą przychodzą HardTripy, które realizują zorganizowane wyjazdy – nie tylko na Defqon.1, ale też na wiele innych wydarzeń związanych z muzyką hard dance. Decydując się na zakup wyjazdu na Defqon.1, dostajecie w cenie bilet na wydarzenie, miejsce na polu namiotowych oraz przejazd autokarem w obie strony, czyli na imprezę i z powrotem.

Z pewnością nie mogę zapomnieć podzielić się moimi wrażeniami z samego przejazdu, bo też pierwszy raz miałam okazję brać udział w takim przedsięwzięciu. Jak nietrudno było się spodziewać – autokar pełen fanów takiej muzyki, jadący na takie wydarzenie musi być miejscem wyjątkowym ze względu na atmosferę. Muszę przyznać, że słysząc o tych legendarnych podróżach na hardowe imprezy, spodziewałam się wielkich rzeczy, które nawet mogłyby pokonać niejednego zawodnika.

Skorzystałam więc z rady starszych, doświadczonych osób (także kolegów redakcyjnych) i usiadłam z przodu pojazdu. Swoją drogą – analogie do wycieczek szkolnych, gdzie spokojniejsi zajmują przód, a głośniejsi okupują tyły były całkiem trafne… Ale dobra – okazało się, że było naprawdę bardzo miło. Trafiłam na chyba wyjątkowo spokojny i kulturalny autokar, co akurat ogromnie szanuję. Była nawet okazja, by się zdrzemnąć na kilka godzin przed nadchodzącymi dniami zabawy oraz wyspać zaraz po nich w drodze do Polski. Ale – żeby nie było za nudno – to zawsze znajdzie się jakiś as co postanowi rozbudzić przody i na przykład porozmawiać sobie z kierowcą, by umilić mu czas. Oczywiście całość wspominam pozytywnie i pozdrawiam wszystkich serdecznie. A, i nie mogę też zapomnieć dodać czegoś co zaskoczyło mnie totalnie. Mimo wszystko hardstyle’owej wersji “Przez Twe Oczy Zielone” chyba nie spodziewałam się usłyszeć w drodze na Defqon.1…

Meldujemy się na campingu

Jesteśmy na miejscu – i co dalej? Wraz z całym bagażem kierujemy się do wejścia na teren pola namiotowego. Na początku zostają sprawdzone bilety, a następnie trzeba udać się do kontroli. Tutaj pora na kilka ważnych kwestii. Na teren campa można wnieść własne jedzenie bez żadnych ograniczeń oraz napoje – tutaj limit wynosi 4,5 litra na osobę. Do niego wliczają się również napoje procentowe nieprzekraczające 14,5% zawartości alkoholu. Warto tutaj zaznaczyć, że nie można wnosić niczego w szklanych butelkach.

Czy jest to rygorystycznie egzekwowane na miejscu? Powiedziałabym, że niekoniecznie. Tak naprawdę to też zależy, bo niektóre osoby zostaną poddane dokładniejszej kontroli niż inne, to kwestia losowa. Najlepiej jednak nie ryzykować i później nie patrzeć z żalem, jak twój ulubiony trunek ląduje w koszu, ale do odważnych świat należy.

Po kontroli dostajecie festiwalową opaskę i udajecie się już tylko zająć miejsce na polu namiotowym oraz rozłożyć swój namiot, w którym będziecie spać (lub nie) przez najbliższe noce.

Festiwal zapewnia też opcje dla osób, które nie chcą ze sobą wozić materacy, namiotów i tym podobnych itemów. Można się w nie wyposażyć w punkcie, który znajduje się na terenie. To także sposób na ratunek w sytuacjach kryzysowych, gdyby dla przykładu nastąpiły jakieś problemy z waszym sprzętem.

Dobra – powiedzmy, że jesteśmy już w pełni gotowi do zamieszkania tam na kilka następnych dni. Pora na parę informacji, które mogą okazać się przydatne.

Tokeny

Pierwsza ważna rzecz, w którą trzeba się wyposażyć, są tokeny. To nimi zapłacicie w większości miejsc, na przykład w strefie gastro. Można było je zakupić w automatach lub w normalnych kasach (w obu przypadkach była możliwość zapłaty kartą bądź gotówką). W tym roku ceny za tokeny prezentowały się następująco:

Czyli wyszło na to, że jeden token był wart 3,6 euro.

Ile tokenów kupić? Jest to sprawa bardzo indywidualna, bo zależy też, ile pieniędzy zabraliście ze sobą z Polski. Jednak na początku lepiej kupić ich mniej (w moim przypadku było to 10 tokenów) i w razie potrzeby dokupić później. Na szczęście kolejki nie były duże, więc nie traciło się tam dużo cennego czasu.

Szafki i ładowanie telefonów

Wszystkie cenne rzeczy, bądź te które po prostu nie zmieściły się z wami do namiotu, można było przechowywać w szafkach. Ile za tą usługę? Poniżej cennik:

Jeśli chodzi o ładowanie telefonu i dostępności do prądu, to opcje były dwie. Pierwsza z nich – dla oszczędnych i wytrwałych – to podłączenie się do gniazdka z prądem w strefie z prysznicami przy okazji brania tam kąpieli. Jednak siedzenie przez przynajmniej godzinę w oczekiwaniu na napełnienie baterii nie brzmi dobrze, dlatego drugą opcją jest wypożyczenie powerbanka. Ta przyjemność kosztowała 7,5 tokena, przy czym 5 z nich otrzymywało się z powrotem podczas zwrotu sprzętu w punkcie. Oczywiście można było go sobie zostawić (choć nie był on personalizowany pod Defqon, więc taka średnia pamiątka), wtedy jednak nasz tokenowy budżet mocno się pomniejszał. Ponowne naładowanie powerbanka to koszt 1,5 tokena. Najlepszym rozwiązaniem jest oczywiście zabranie z Polski jak największej liczby źródeł energii. Tym samym nie tracimy na to ani jednego tokena na miejscu.

Strefa gastronomiczna

Na terenie znajdowała się dosyć bogata strefa gastronomiczna. Były punkty z różnego typu jedzeniem – zaczynając od burgerów, tostów, a kończąc na mrożonych jogurtach. Na pewno było w czym wybierać i każdy mógł znaleźć coś na swój ząb. Jeśli chodzi o ceny, to te wyglądały różnie w zależności, na co się zdecydowało. Powiedzmy jednak, że średnio ceny oscylowały od 1,5 do 3 tokenów za w miarę przystępną, średnią porcję. Gdyby jednak tylko korzystać z jedzenia serwowanego na festiwalu, trzeba mieć na uwadze posiadanie sporego budżetu, dlatego najlepiej zabrać ze sobą możliwie najwięcej z Polski.

Obok typowych punktów z jedzeniem znajdowały się też bary i punkty z różnymi napojami. Tam dla przykładu ceny wyglądały następująco:

Z dostępem do wody nie było żadnego problemu. Zarówno na terenie campu jak i festiwalu znajdowały się Water Bars, gdzie można było zakupić saszetkę na wodę za 2 tokeny i później uzupełniać ją w tych punktach za darmo. Woda pitna znajdowała się też w kranach w strefie toalet i tam już całkowicie za darmo można było uzupełniać też swoje własne butelki.

Strefa sanitarna

Strefa z toaletami i prysznicami prezentowała się podobnie, jak na każdym innym festiwalu. Bywało tłoczno i szczególnie rano trzeba było odczekać swoje w kolejce. Jeśli chodzi o prysznice, to najlepiej było z nich skorzystać zaraz po zakończeniu imprezy w nocy. Wtedy kolejki były małe, a nawet jak były, to czekanie w nich nie musiało być takie złe, bo czas całemu zgromadzeniu umilał frenchcore puszczany z głośników. Koszt skorzystania z pryszniców to 1 token. Natomiast jeśli okazało się, że ciepła woda się skończyła i jedyną możliwością był zimny prysznic, wchodziło się tam za darmo. Uczciwe.

Atrakcje

Na Defqonie nie ma czasu na nudę. Wiadomo, że największą atrakcją i przeżyciami są występy artystów i wszystkie pokazy, które składają się na program festiwalu. Gdyby jednak komuś było mało, to można było wypełnić sobie czas dodatkowymi aktywnościami.

Była siłownia, na której można było zadbać o swoją formę jeszcze przed otwarciem bram.

Ceniący sobie odpoczynek i wygodę mogli skorzystać ze strefy Wellness.

A gdyby ktoś chciał się poczuć jak w wesołym miasteczku, to przy jednym z wejść znajdował się FunHouse.

Wstęp na te atrakcje nie był darmowy, płaciło się za nie dodatkowo w europejskiej walucie.

Teren festiwalu

Kiedy już w pełni jest się zadomowionym na polu namiotowym i wycieczka po tej lokalizacji została ukończona, przychodzi pora na to najważniejsze. Gdy zbliżała się godzina pierwszych występów, zaczynało się powszechne gromadzenie pod bramami prowadzącymi na teren festiwalu. Czekanie na moment ich otwarcia, szczególnie w pierwszy dzień wspominam bardzo zachwycająco. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że “tak, to się dzieje naprawdę”, a emocji dodawali ludzie wiwatujący DEF-QON-ONE.

Bramy festiwalu przekroczone, jesteśmy już w odpowiednim miejscu i oczom ukazuję sie ogromny teren. Na nim oczywiście sceny, kolejne strefy gastro, atrakcje itp. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o dekoracje i całe urządzenie każdego kąta tego miasteczka, to naprawdę była to wysoka półka i nawet najmniejszy punkt został odpowiednio przygotowany.

Aplikacja Q-Dance

Przewodnik po Defqonie w waszym telefonie, czyli aplikacja Q-Dance, która była ogromnie przydatnym narzędziem. Po pierwsze znajdowała się tam mapa całego terenu z oznaczonymi scenami i najważniejszymi punktami co było ogromnym ułatwieniem.

W jej obrębie znajdowało się także timetable na wszystkie dni, ze wszystkich scen. Wystarczyło więc tylko tam zajrzeć by zorientować się kto, kiedy i gdzie będzie grał, nie pomijając dzięki temu najważniejszych występów.

Atrakcje – część druga

To teraz o tym, na co można się natknąć, gdy spacerujemy po festiwalowym miasteczku, chociażby w drodze z jednej sceny na drugą. Przede wszystkim podobnie jak na campie, tak i tutaj pojawiły się dodatkowe atrakcje, z których tylko można było skorzystać gdy miało się czas, ochotę i pieniądze. Była możliwość skoku na bungee dla odważnych (trzeba przyznać, że taki skok na Defqonie to jest coś) czy przejażdżki na diabelskim młynie.

Chętni mogli wykorzystać wolny czas, oddając się w ręce masażystów i zaznać odrobiny relaksu pomiędzy kolejnymi występami.

Gdyby ktoś chciał pamiątkę z tego wydarzenia na całe życie, to dobrym wyborem mógł być tatuaż z logiem Defqonu wykonany tam na miejscu.

Sceny

I tak oto czas przejść do najważniejszych obiektów, które znajdują się na festiwalowym terenie. To pod scenami spędzamy najwięcej czasu i to właśnie głównie tam przeżywamy najpiękniejsze momenty tego wydarzenia. Na Defqonie do dyspozycji było aż 10 najważniejszych scen. Odległości między nimi oceniam na przystępne. Tak naprawdę najbardziej oddalonymi od reszty były Red i Purple. Pozostałe znajdowały się naprawdę niedaleko siebie i przemieszczanie się z jednej na drugą nie zajmowało zbyt wiele czasu. O wrażeniach z większości z nich będzie więcej w dalszej części.

Red Stage

Blue Stage

Black Stage

UV Stage

Indigo Stage

Silver Stage

Magenta Stage

Purple Stage

Yellow Stage

Gold Stage

Dzień 1

Pierwszy dzień na Defqonie z początku stał przede wszystkim pod znakiem zakwaterowania się na polu namiotowym i zwiedzania terenu. Wtedy też w pierwszych momentach przebywania tam człowiek uświadamia sobie, że wszystko co widziało się wcześniej na zdjęciach i filmach, teraz wydarzy się naprawdę.

Pierwsze występy

Festiwalowe bramy zostały otwarte krótko przed pierwszymi występami, które rozpoczynały się o 18.00. Moje pierwsze kroki kierowałam w kierunku sceny Blue, gdzie pierwszy set zagrali D-Block & S-Te-Fan. Zanim jednak do niego doszło, nastąpiło coś w rodzaju małego otwarcia tej sceny. I to było niesamowite! Fajerwerki wybuchające pod sufitem i pierwsze efekty jakimi mogła pochwalić się ta scena, momentalnie mnie zachwyciły.

Kolejny set zagrał Wildstylez. Tutaj nie ukrywam, że był to przeze mnie najbardziej wyczekiwany występ pierwszego dnia. Właśnie od jego utworów rozpoczęła się moja przygoda z muzyką hardstyle. Czy oczekiwania zostały spełnione? Jak najbardziej tak. Momentem, który na pewno zostanie ze mną na długo było pojawienie się obok niego na scenie… Brennana Heart’a i wtedy też rozbrzmiało jedyne i niepowtarzalne “Lose My Mind”. Gwoli przypomnienia – Brennan ma kosę z Q-Dance.

Z racji, że miałam jeszcze chwilę czasu przed kolejnym występem, tym razem już na innej scenie, zostałam na Blue na fragment seta Da Tweekaz. Powiem tak – usłyszałam “Jägermeister” i moje niewygórowane oczekiwania zostały spełnione.

Kierunek – Black

Potem zaczęłam kierować się już w kierunku sceny Black, na której o 21.00 miało mieć miejsce show: Peacock in Concert. Zanim jednak tam dotarłam, przechodziłam obok sceny Indigo i postanowiłam zobaczyć, co tam się dzieje. I wiecie co? Ogromnie mi się tam spodobało. Nie mówię tutaj o aspektach wizualnych – bo scena była po prostu ok – ale za to energia i muzyka jaka tam rozbrzmiewała porwały mnie do tańca. Zawsze potem, gdy miałam trochę czasu w drodze między scenami lubiłam tu zajrzeć, nawet nie patrząc na to, kto aktualnie gra, bo wiedziałam że i tak będę się dobrze bawić.

Dobra, ale ostatecznie trafiłam pod scenę Black. Muszę przyznać, że ta konstrukcja również zrobiła na mnie dobre pierwsze wrażenie. Niestety, w środku panował ogromny tłok, co przy takim wydarzeniu raczej nie powinno dziwić. Przez to było tam ogromnie duszno, co potęgowała wysoka temperatura na zewnątrz, a ciężko takie coś swobodnie wytrzymać.

Przejdźmy jednak do najważniejszego. W punkt o 21.00 rozpocząć się wyjątkowy występ Dr. Peacock’a. Zdarzyło mi się kilka razy obejrzeć nagrania z Peacock in Concert w sieci. Już wtedy wzbudzało to we mnie podziw, ale to zobaczenie tego na własne oczy jest nieporównywalnym z niczym doświadczeniem. Na początku na scenie pojawiła się orkiestra, a show rozpoczął chór. Od pierwszego momentu towarzyszyły mi ciarki i wielkie WOW. Muszę przyznać, że było to jedno z ciekawszych przeżyć na Defqonie. Niestety, nie wytrwałam do końca i wysoka temperatura mnie pokonała. Fakt – może teraz trochę żałuję, ale po prostu tym razem moja wytrzymałość została wystawiona na zbyt wielką próbę.

Zakończenie

Powrót na scenę Blue i ostatni występ czwartkowego wieczora, który zagrał D-Sturb. Trzeba przyznać, że było mocno i lepszego zakończenia chyba nie mogłam tego dnia wybrać.

Po tym secie myślałam, że to już koniec i pora wrócić na camp. Otóż wspomniana wcześniej aplikacja Q-Dance powstrzymała moje zamiary. Dostałam powiadomienie, że ostateczne zakończenie tego dnia nastąpi na scenie UV, która znajdowała się bardzo blisko Blue. Co tam się działo? The Tribute, choć po mojemu nazwałabym to “mini Endshow”. Był to odpowiedni przedsmak tego, co było prezentowane na zakończenie w następnych dniach na Red Stage.

Dzień 2

Następny dzień rozpoczął się deszczowo. Jednak po wykańczająco upalnym, poprzednim dniu było to nawet w porządku. Mój festiwalowy plan dnia rozpoczynał się od godziny 13.00, gdyż właśnie wtedy miało wielkie otwarcie na scenie głównej. Na terenie byłam jednak już trochę wcześniej, dlatego też było trochę czasu by ponownie się rozejrzeć. Drugiego dnia zostały otwarte już wszystkie sceny. Była więc to dobra okazja, by im się na moment przyjrzeć, choć więcej czasu na każdej z nich spędziłam dopiero trzeciego dnia. Gdy godzina 13 zaczynała się zbliżać, pora było kierować się po raz pierwszy w kierunku Red Stage.

Widok na Red Stage

Ten moment wydaje mi się odpowiedni, by podzielić się pierwszymi wrażeniami związanymi z tą sceną. A moje pierwsze odczucie to… chyba niedosyt. Może było to spowodowane tym, że za bardzo spodziewałam się czegoś w klimacie porównywalnym do 2019 roku. Nie ukrywam, że tamta scena mi się ogromnie podobała. Nie mogę też powiedzieć, że konstrukcja nie zrobiła na mnie żadnego pozytywnego wrażenia zaraz po jej zobaczeniu, bo rozmach był ogromny. Po prostu nie byłam do niej od razu przekonana, ale podczas pierwszych występów to się zmieniło. Trzeba było po prostu poczekać, gdy muzyka tam rozbrzmiała, ludzie wypełnili to miejsce i pojawiły się pierwsze efekty. Ostatecznie pojawiła się pełna satysfakcja, a scena wylądowała w moich ulubionych.

Występy dnia drugiego

Za ceremonię otwarcia w tym roku odpowiedzialny był Sefa. Na początku przed startem jego występu, rozbrzmiała jeszcze melodia tegorocznego hymnu i można by rzec, że wszystko się zaczęło już oficjalnie. Sam występ rozpoczął się spokojnie od gry na pianinie, ale potem… totalna petarda. Myślę, że było to dobre i mocne otwarcie, jakiego Defqon.1 2022 potrzebował.

Teraz taka mała zaleta Red Stage – można wyjść z tłumu i udać się odpocząć na jedno z małych wzgórz po bokach sceny. Stamtąd widok na scenę jest jeszcze lepszy, przy okazji można sobie też uświadomić jak rzeczywiście dużo ludzi się tam zgromadziło. A w trakcie chillowania w tym miejscu, a dokładnie po prawej stronie od sceny, można natknąć się na spotkania z artystami. Dało się na przykład przybić piątkę z duetem Sound Rush lub nawet zdobyć autograf od Sub Zero Project. Wszystko zależy od waszego szczęścia.

Po chwili wytchnienia powróciłam już pod główną scenę, gotowa na zabawę na pełnych obrotach. Trafiłam na koniec seta Hard Drivera, następnie zagrał Keltek, a potem wystąpili też kolejno Sound Rush, Atmozfears oraz Devin Wild. Nie będę wiele się wypowiadać na temat każdego z tych setów – po prostu były w porządku, mi się podobało i bawiłam się dobrze. Miałam również mały dylemat, czy kontynuować swoją wizytę na Red Stage, czy udać się spontanicznie odwiedzać inne sceny, a to wszystko dlatego, że za moment miał grać Headhunterz, Wahałam się głównie z powodu, że na jego secie zdarzyło mi się być już w trakcie ostatniego roku dwa razy. Czy kolejny, trzeci był konieczny? Okazało się że tak, bo po namyśle doszłam do wniosku, że mimo wszystko występ na Defqonie to występ na Defqonie. Powinien być on więc bardziej wyjątkowy od poprzednich. I ostatecznie była to dobra decyzja.

UV Stage i znowu Red

Choć i tak na główniej scenie spędziłam większość dnia drugiego, to za pewne gdyby nie pewien szalony występ na UV, nie ruszyłabym się stamtąd w ogóle. Mowa tu o secie GPF. Wyjątkowe i niepowtarzalne doświadczenie, które zwyczajnie było zabawne, a o to w tym wszystkim też przecież chodzi. Zaraz po tym jakże jedynym w swoim rodzaju show, ponownie kierowałam się w stronę głównej sceny, by zdążyć na piątkowy set zamykający, za który odpowiedzialni byli Sub Zero Project. Po drodze stoczyłam też wielką walkę pomiędzy wyborem tego występu, a występem zamykającym scenę Black należącym do N-Vitrala. Muszę przyznać, że był to najtrudniejszy dylemat całego festiwalu. Ostatecznie padło na Sub Zero, ale moje oczekiwania w tym momencie poszły wysoko w górę. Jak występ? Panowie oczywiście dali czadu i porządnie dołożyli do defqonowego pieca, tym samym zamykając w wielkim stylu dzień drugi na głównej scenie.

Zaraz po tym widowisku, miał miejsce jeszcze jeden wyjątkowy moment. Na pewno osoby oglądające Defqon.1 at Home w 2020 roku pamiętają to wzruszające zakończenie w tamtym niesprzyjającym czasie. Tym razem w zupełnie innych i radosnych okolicznościach “Show Must Go On” zabrzmiało na żywo, na Defqon.1 2022. To była piękna chwila.

Dzień 3

Zadaniem, które sobie narzuciłam na ten dzień, było odwiedzenie wszystkich scen i spędzenia przy każdej choć kilkunastu minut. Spowodowane było to głównie tym, że poprzedniego dnia większość czasu spędziłam na głównej scenie, a chciałam poznać wszystkie możliwości.

Intensywnie zapowiadający się dzień, musiał mieć równie intensywne rozpoczęcie. I tak o 11 na UV Stage, wszyscy chętni i spragnieni wrażeń mogli wziąć udział w Warrior Workout. Poranna rozgrzewka w rytmie hard jak najbardziej była udana i dodała energii na resztę dnia.

Wycieczka między scenami

Opuściłam scenę UV i można powiedzieć, że kierowałam się przed siebie, bo na kilka następnych godzin nie miałam planu. Na początku trafiłam na Gold Stage. Pobyłam tam kilka minut, bo nie poczułam, że chce tam zostać dłużej. Następnie nie byłabym sobą, gdybym pominęła scenę Indigo. Tutaj bawiłam się znakomicie. Szczerze mówiąc w tym momencie nawet nie za bardzo pamiętam, kto wtedy tam grał, ale to tylko pokazuje, że każdy przystanek na tej scenie mógł być dobry. Byłam w pobliżu, więc zajrzałam też na Magenta Stage (ale znaczniej więcej czasu spędziłam tu następnego dnia) choć celem mojej podróży była “niebieska” scena i set Clockartz. Po połowie dobrego występu ruszyłam dalej spragniona kolejnych wrażeń, tym razem trafiając na Yellow. Tutaj szły potężne ciosy i oceniam to na “mocną miejscówkę”. Szybkim krokiem udałam się potem w kierunku Silver Stage. Tam grał Dither wraz z N-Vitralem, którego występ z wielkim bólem pominęłam dnia poprzedniego.

Power Hour

Zakończeniem tej szalonej podróży między scenami była najbardziej szalona godzina na festiwalu, czyli Power Hour na Red Stage. Oczywiście niejednokrotnie miałam okazję oglądać nagrania z tego widowiska z poprzednich edycji. Muszę jednak przyznać, że jest to jedna z tych rzeczy, które trzeba koniecznie poczuć na własnej skórze, Na scenie panowało czyste szaleństwo – akrobacje, przebrania i wszystko w rytm muzyki… niesamowite. Nie mówiąc już o tym, jakie szaleństwo panowało wśród publiki. Nad tobą latają piłki, dmuchane materace z ludźmi i inne nie do końca zidentyfikowane przedmioty. Jest to jednak totalnie zabawne i sprawia mnóstwo radości. Widać, jak to wszystko wywołuje uśmiech na twarzy wielu w około. Ciekawym punktem był też chociażby pokaz akrobacji helikopterem, ale najbardziej w pamięć zapadło mi słynne “Left, Right”. Dodam jako ciekawostkę, że może to dlatego, iż w trakcie na moment straciłam jednego buta. Ale wciąż lepiej, że był to but, a nie godność.

Kolejne wyjątkowe godziny

Po tym niecodziennym wydarzeniu, skorzystałam z chwili by odpocząć i nabrać energii przed jeszcze wieloma zaplanowanymi występami. Pierwszym z nich był set B-Fronta na Blue Stage. To jeden z tych występów, na które czekałam i wiadomo, że się nie zawiodłam.

Obok Blue znajdowała się scena UV, gdzie moje plany zakładały, że spędzę swój najbliższy czas. Co tam się działo? Powiem tak – miały tam miejsce dwa najlepsze sety, które przeżyłam na całym festiwalu.

Po pierwsze – TNT. Pamiętam jak widziałam ich set na streamie z Reverze kilka miesięcy temu i wtedy już byłam zachwycona. Wiedziałam, że przy najbliższej możliwej okazji na pewno muszę być na ich występie. Ten set na żywo jednak totalnie przeszedł moje wszelkie oczekiwania. Cała godzina maksymalnego wysiłku i ani sekundy przerwy, bo grana muzyka działała nadzwyczajnie.

Drugi niezapomniany występ należał do projektu 2//\\1, czyli Sound Rush i Atmozfears. Tutaj przede wszystkim tym, co skradło moje serce była wyjątkowa atmosfera i płynąca wokół pozytywna energia. Wręcz nie spodziewałam się, że godzina może tak szybko minąć. Chyba nawet w tamtej chwili zostałam fanką tego projektu.

Ostatnie momenty dnia trzeciego

Dzień trzeci zmierzał do końca, a to oznaczało, że pora przenieść się pod scenę główną. Tam trafiłam na końcowy fragment występu Warface. Dużym zaskoczeniem było dla mnie widowisko Gunz For Hire, bo muszę przyznać, że nie jest to projekt, który wiernie śledzę. Sam występ zapadł mi bardzo pozytywnie w pamięć i na pewno jestem zadowolona z udziału w nim. Po wszystkim przyszła też ostatecznie pora na zakończenie i oczywiście magiczny moment – sobotnie Endshow.

Dzień 4

Budzisz się w namiocie w niedzielny poranek na Defqonie i już wiesz, że niestety będą to ostatnie godziny w tym miejscu. Wiesz też, że jest to już ostatni moment, żeby jak najlepiej i w pełni wykorzystać uciekający czas. Mimo wszystko akurat ten dzień dla mnie był najmniej intensywny.

Niedziela rozpoczęła się wyjątkowo. zdecydowanie inaczej niż dzień poprzedni, bo spokojnie i nie za głośno. Mowa tu o Airbed Concert, za który odpowiedzialny był JDX, do którego dołączyli też Sefa i Max Enforcer. Jak to wygląda? Wypoczywasz sobie na dmuchanym materacu, a przestrzeń wypełnia muzyka pochodząca z gry na fortepianie. Niespotykany koncept na hardstyle’owej imprezie.

Ostatnie występy

Po tym uspokajającym wydarzeniu, przyszedł czas na prawdziwe Sunday Funday i sety, które zagrali Audiofreq i Tha Playah. Mogę powiedzieć, że była to niesamowicie energetyczna, mała powtórka z Power Hour.

Później swój czas spędziłam na trzech setach zagranych przez DJa Isaaca, Frontlinera oraz Bass Modulators na Magenta Stage. Zaraz po ostatnim z nich udałam się w jedynym słusznym kierunku w tamtym momencie, (jak to na Polkę przystało) a mianowicie na Blue Stage. Właśnie tam grali wspólnie Crypsis i Regain. Było potężnie mocno, ale chyba nikt nie spodziewał się, że mogłoby być inaczej.

Nastał moment, kiedy po raz ostatni udałam się pod główną scenę tegorocznego Defqonu. Niedzielny wieczór zaczął się od show Defqon.1 Legends. W tym roku to widowisko zostało otwarte przez trzech artystów, którymi byli Headhunterz, Wildstylez i Noisecontrollers. Występ tej trójki razem to było coś niecodziennego. Set był wypełniony hardstyle’owymi klasykami, a cały tłum wspólnie nucił utwory. Następnie na scenie pojawił się JDX – czego przyznam, że się bardzo nie spodziewałam. W czasie jego występu miał miejsce, najbardziej zapadający w pamięć moment tego dnia. Dołączyła do niego Sarah Maria i na żywo wybrzmiało kultowe “Live The Moment”. Ostatni fragment Defqon.1 Legends należał do TNT. Tutaj oczywiście nawiązując do występu z UV Stage, ponownie panowie pokazali na co ich stać i zakończyli to z przytupem.

Koniec

Występ zamykający na Red Stage należał do Ghost Stories Live. Przede wszystkim podczas tego występu emocje brały już górę. Całe widowisko było warte przeżycia, a dużą robotę w tym wszystkim odgrywa zdecydowanie wokal na żywo. A potem nastąpiło ostateczne. Lasery, fajerwerki i inne takie efekty specjalne nad twoją głową, a w uszach ostatnie defqonowe kicki, czyli czas ceremonii zamknięcia. I koniec… To był Defqon.1 2022.

Wszystko co dobre, szybko się kończy

Największa wada Defqonu? Czas tam niesamowicie szybko mija i zanim się obejrzycie, przychodzi pora na powrót do domu. Zabieracie jednak ze sobą niesamowite wspomnienia, bagaż nowych muzycznych doświadczeń oraz przeżycia, które zostaną z wami na długo. Jest to z pewnością festiwal, który warto odwiedzić, a w szczególności, jeśli jest się fanem tej muzyki. Bez wątpienia – każdy kto tam się pojawi, przeżyje wyjątkowe chwile i zaspokoi swoje oczekiwania. Na Defqonie panuje świetna atmosfera, a tworzą ją przede wszystkim ludzie z całego świata, których łączy wspólna pasja. Wszystko to wzbudza pragnienie kolejnych wrażeń, a zaraz po wydarzeniu myśli się tylko o tym, by wrócić tu ponownie za rok po miesiącach oczekiwania. Czy polecam się zatem wybrać na Defqon.1 i przeżyć to na własnej skórze? Moja odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak!

Total
3
Shares
☕ Postawisz nam kawusię?