Ostatni weekend listopada przeszedł do historii i z pewnością zostanie zapamiętany przez polskich fanów EDM. Ponad tydzień temu miała bowiem miejsce pierwsza polska edycja znanego na całym świecie eventu Don’t Let Daddy Know. Nasza redakcja miała okazję zjawić się na tej imprezie, dzięki czemu mogliśmy specjalnie dla Was sprawdzić, jak naszym zdaniem wypadło to wydarzenie.

Jak zagrał Rudy?

Do budzącej pewne kontrowersje organizacji jeszcze przejdziemy, ale zacznijmy od muzyki. Na początek eventu na naprawdę dużej scenie, przypominającej nieco instalację z tegorocznej edycji w Amsterdamie, zadebiutował długo wyczekiwany przez wielu Rudy. Ocena tego seta jest dość niejednoznaczna, bo co słuchacz, to opinia na temat tego, jak powinien brzmieć warm-up. Dlatego my po prostu powiemy, jak było – twarz zaprzyjaźnionego portalu 4Clubbers wystartowała w nieco mrocznych klimatach, z czasem podkręcając tempo, co przyciągnęło ludzi na parkiet. Na jego występ przyszła też całkiem liczna grupka fanów i znajomych, którzy mieli specjalnie przygotowane flagi i maski. Ot, gwiazda wieczoru już w pierwszym slocie 😉

Po godzinie 21 za deckami zameldował się Tyron Dixon. Szczerze powiedziawszy byliśmy naprawdę ciekawi jego występu, gdyż nie słyszeliśmy wcześniej zbyt wiele o tym DJu. Jedyne, co leżało gdzieś w pamięci, to klub Pacha Poznań, który w pierwszych miesiącach działalności był promowany między innymi za sprawą tego pana. Jak się okazało – Niemiec dał o sobie przypomnieć w naprawdę dobrym stylu, okazując się czarnym koniem tego eventu. Tyron zaprezentował sporo starszych numerów z gatunku Groove House i Progressive House, co pozytywnie nas zaskoczyło. Występ zdecydowanie można zaliczyć na plus.

Im dalej w las, tym ciekawiej

Tyle o warm-up’ach. O godzinie 22:00 odbyło się oficjalne rozpoczęcie imprezy – wtedy też zobaczyliśmy scenę w pełnej krasie. Tuż potem za deckami zameldował się holenderski gwiazdor Future Bounce – Mike Williams. Usłyszeliśmy od niego bardzo przyjemny set, wypełniony jego największymi hitami. Nie zabrakło też polskich akcentów – producent ze stajni Spinnin’ Records zagrał bowiem kawałek “See The Light” autorstwa Bounce Inc. i Daav One, wydany ponad miesiąc temu w Revealed. Było tutaj czuć prawdziwą energię, a wszyscy obecni skakali jak szaleni.

O godzinie 23 przyszła pora na występ pierwszego z dwóch duetów w line-up’ie eventu odbywającego się w gdańskiej Ergo Arenie. Na scenę weszli Sunnery James & Ryan Marciano i momentalnie zachęcili nas do zostania na dłużej. Panowie zagrali masę dobrych wałków z gatunków House czy Groove sprawiając, że w naszej opinii był to jeden z najlepszych setów tego wieczoru.

Tuż po północy ujrzeliśmy gwiazdę, na którą większość z licznie przybyłych ostrzyła sobie zęby. Za konsoletą pojawił się cieszący się wysoką estymą w naszym kraju Don Diablo. Holender z pewnością zadowolił wszystkich fanów Future House grając swoje największe hity. Nie zabrakło też wydań z jego labelu Hexagon – również tych, które nie ujrzały jeszcze światła dziennego. Numer 6 w tegorocznym zestawieniu DJ Mag Top 100 zaskoczył nas pozytywnie, przypominając pod koniec seta EDMowe klasyki, jak “Language” Portera Robinsona czy legendarne “Pressure” w remixie Alesso. Fajnie było również usłyszeć polski akcent w postaci utworu “Lubię wracać tam gdzie byłem” Zbigniewa Wodeckiego. Musimy przyznać, że jest on jak najbardziej adekwatny do występów Dona w Polsce.

Koniec świata. Tiesto grał trance

Potem przyszła pora na króla EDM i prawdziwą legendę muzyki elektronicznej – Tiesto. Holender nie pieścił się i już na samym początku grał mocne kawałki, którymi zmuszał nas do skakania. Tijs zagrał sporo swoich klasycznych utworów pokroju “Secrets” czy też “Show Me”. Musimy przyznać, że było niezwykle różnorodnie. Usłyszeliśmy m.in. Progressive House, Future House, Bigroom czy też… Trance. Nie, nie przewidzieliście się – Holender na sam koniec zaserwował nam dawkę swoich trance’owych klasyków w tym legendarne już “Adagio For Strings”. Po tym nastąpił koniec seta, światła zgasły, a wszyscy byli w szoku i nie wierzyli co się właśnie stało. To był moment, który z pewnością wszyscy obecni zapamiętają na długo.

Na deser, po występie głównych gwiazd, na scenie pojawił się debiutujący w Polsce Gianluca Vacchi. Włoch zagrał całkiem nieźle, jednak z ręką na sercu powiemy, że spodziewaliśmy się czegoś o wiele lepszego. Co ciekawe, w trakcie występu ekscentrycznego milionera, na scenie obecna była jeszcze jedna osoba. Najpewniej był to jego MC, jednak Bóg jeden tylko zna powód jego obecności za deckami.

Na sam koniec imprezę zamknął tajemniczy duet Melo.Kids. Ich występ był interesujący nie tylko z powodów muzycznych. Na kilka dni przed imprezą, panowie postanowili się “pożegnać”, co ostatecznie okazało się być po prostu zmianą koloru hełmów i loga. W ich secie usłyszeliśmy kilka niewydanych remixów, które w przyszłości mają zadatek na stanie się sporymi hitami. Ich set skończył się nieco wcześniej, niż było to przewidziane w timetable. Dziwne.

Organizacyjnie mogło być lepiej…

To tyle w kwestiach muzycznych. Czas na kwestie organizacyjne, które swobodnie można nazwać łyżką dziegciu w tej beczce miodu. Ale, żeby nie było, że było bardzo źle – zacznijmy od pozytywów. Przede wszystkim cieszyła dość niska cena jedzenia jak na tego typu wydarzenie. Fajnie, że mogliśmy też kupić również oficjalny merch marki i nie tylko, bo były chociażby koszulki i inne gadżety Tiesto – super sprawa dla wszystkich fanów.

Ludzie, którzy kupili bilet na ten event mogli poczuć się, delikatnie mówiąc, nieco rozczarowani będąc już w samej kolejce, która była bardzo długa, a z czasem wcale się nie zmniejszała. Osoby, które przyszły w okolicach otwarcia bramek (19:30), na możliwość wejścia na Ergo Arenę musiały czekać nawet dwie godziny.

Wieść gminna niesie, że po jakimś czasie ochrona nie sprawdzała nawet biletów i wpuszczała ludzi nawet ich nie przeszukując. Mamy nadzieję, że TME odniesie się do tego. Doszły nas również słuchy, że po godzinie 22 w szatniach zabrakło miejsc. Kolejna kwestia to palarnia. Super, że była – przeszkadzać z pewnością mogło to, że była ona ulokowana na zewnątrz, gdzie – siłą rzeczy – było bardzo zimno, a zabranie kurtki z szatni i ponowne jej oddanie wiązało się z kolejną opłatą.

Na imprezie można było zaobserwować sporo ludzi, którzy zażyli chyba nieco mocniejsze środki niż alkohol. Wiadomo – takie osoby będą pojawiać się chyba zawsze, jednak tak duży odsetek fanów mocniejszych wrażeń może nieco przerażać. Ciężko było dostać się również do toalety, gdzie momentami trzeba było czekać dobrych kilkanaście minut.

Warto poruszyć też kwestie bezpieczeństwa. W trakcie występu Tiesto na scenę wdarł się jeden z fanów i zdążył zbić piątkę z Holendrem, po czym został zabrany przez ochronę. Reakcja ochroniarzy powinna być błyskawiczna a niestety tak nie było. Powiązanie tego z doniesieniami o, delikatnie mówiąc, pobłażliwym stosunku ochrony do swoich obowiązków, mogło to przynieść niezbyt fajne skutki.

…ale w sumie to można to wybaczyć, bo źle nie było

Podsumowując – muzycznie mieliśmy do czynienia z prawdziwą ucztą, którą obecni w trójmiejskiej Ergo Arenie z pewnością zapamiętają na bardzo długo. Niestety kwestie organizacyjne wymagają trochę poprawy. Z jednej strony można zrozumieć pewne kwestie – wszak hala pękała w szwach i naprawdę niewiele brakowało, aby impreza się w zupełności wyprzedała. Z drugiej strony jednak jakiś zgrzyt miejsce miał – dlatego mamy nadzieję, że niedociągnięć w przyszłym roku będzie mniej. Tak, Don’t Let Daddy Know powróci za rok do naszego kraju. Trzymamy kciuki!