Takiej historii niewielu się spodziewało. Jeszcze kilka lat temu East Freaks był jednym z czołowych polskich producentów muzyki klubowej. Wydawał swoje single chociażby w Perfecto Records, czyli labelu legendarnego Paula Oakenfolda. Autor niezliczonej liczby singli i remiksów, które pojawiały się w tracklistach największych gwiazd EDM, w 2016 roku zniknął z mediów społecznościowych i słuch po nim zaginął. Co się dzieje z projektem? Tego dowiecie się czytając ekskluzywny wywiad, który wielu mocno zaskoczy.

Adrian Nijak (Shining Beats): Gdzie się podział East Freaks? Od dłuższego czasu niewiele o Tobie słychać, a jeszcze kilka lat temu wydawałeś utwór za utworem.

Jarosław Drewnicki (East Freaks): Rzeczywiście w 2016 roku mocno przystopowałem. Co prawda projekt East Freaks istnieje i nie został definitywnie zamknięty, ale brakuje mi na niego czasu. Teraz poświęcam się przede wszystkim ghost producingowi. Robię kawałki dla innych na zamówienie. To jest bardzo czasochłonne.

A. N.: Mając tyle sukcesów wolałeś usunąć się cień? Przecież produkując dla innych nie zdobędziesz nowych fanów i popularności. Pod utworem podpisuje się przecież zamawiający, a nie Ty…

J. D.: Znam dobrze rynek muzyczny. Na własnej skórze przekonałem się, jak największe wytwórnie w branży są w stanie odrzucić już zaakceptowany utwór. Wszystko dlatego, że ktoś wyłożył większą kasę na promocję swojej twórczości. Po prostu label uznał, że producent, który mnie zastąpił, wyłoży na stół znacznie większe pieniądze.

A. N.: Chcesz mi powiedzieć, że największe wytwórnie biorą pieniądze za możliwość wydania u nich swoich utworów?

J. D.: W moim przypadku sprawa wyglądała tak, że ja byłem zwykłym, szerzej nieznanym światu East Freaks’em. Mimo dogadanego releasu wytwórnia zrezygnowała z mojej osoby. Wybrała kogoś innego, bo ten producent dysponował pieniędzmi. Dzięki temu było go stać na wszelkiego rodzaju reklamy i promocję. Tym samym wytwórnia mogła zaoszczędzić trochę kasy i cieszyć się, że ma artystę, który nie generuje kosztów.

A.N.: Możesz zdradzić szczegóły? Który to label i producent?

J. D.: Ta sytuacja dotyczyła oficjalnego remixu dla duetu Showtek do singla „Cannonball”. Nie chcę robić burzy i ujawniać, kto mnie zastąpił, ale to właśnie takie rzeczy powodują zniechęcenie. Mnie to bardzo poirytowało, dlatego zacząłem ghostować. Robiąc utwór dla kogoś nie przechodzę stresów z wytwórniami. Nie muszę się obawiać, że podobna sytuacja do tej poprzedniej znowu mi się przytrafi.

A. N.: Nie szkoda Ci tych lat pracy nad własną marką? Odnosiłeś przecież spore sukcesy…

J. D.: Szkoda, ale muru się nie przeszkoczy. Najwięcej nadziei na przyszłość dał mi singiel “Leave It”, który zdobył ogromną popularność. Został wydany w Perfecto Records – sublabel’u Armada Music. Sam Paul Oakenfold promował ten numer dosłownie wszędzie. Po tym sukcesie nadzieja na wydawanie w większych wytwórniach wróciła, ale jak się okazało nie na długo.

A. N.: Dlaczego?

J. D.: Gdy wydałem kolejny singiel – tym razem w Blanco y Negro – wytwórnia zachowała się bardzo nie fair. Po wydaniu utworu dosłownie zniknęli. Nie było z ich strony ani wsparcia, ani pieniędzy.

A. N.: To rzeczywiście bardzo frustrujące. Po tej akcji się poddałeś?

J. D.: Tak. Wtedy stwierdziłem, że wydawanie utworów nie jest dla mnie. Po prostu nie miałem już siły się denerwować. Gdy wchodziłem w świat muzyki klubowej moje myślenie było takie – zrobić utwór, wysłać do wytwórni, jak się spodoba i zostanie wydany,  to promocją zajmie się label. Po części tak jest, ale nie zawsze. W większości przypadków reklamę robisz na własną rękę. Niestety często zarobek ze sprzedaży nie pokrywa nakładów na promocję.

A. N.: Chcesz mi powiedzieć, że talent się nie liczy, a sukces odnoszą jedynie ci z grubym portfelem?

J. D.: Według mnie liczy się tylko kasa i ogromne znajomości. Ten kto ma talent być może wejdzie na szczyt, ale na pewno nie od razu. Będzie musiał zawzięcie dążyć do celu i nie poddawać się mimo wielu rozczarowań. Ja się poddałem.

A. N.: Spełniasz się jako ghost producer?

J. D.: Robię to, o czym marzyłem od dziecka – produkuję muzykę. Nie mam z tym problemu, że tworzę ją nie pod swoim aliasem. Wręcz przeciwnie, bo pokazuje mi to, jak branża muzyczna jest przedziwna. Przykładowo – chciałem kiedyś wydać swój singiel. Pisałem wszędzie, ale okazało się, że nie było zainteresowania. Stwierdziłem wtedy, że sprzedam tę produkcję. Obecnie utwór cieszy się ogromną popularnością i zdobywa supporty są od największych gwiazd EDM. Co ciekawe wydała go wytwórnia, która wcześniej nie była zainteresowana.

A. N.: Ghost producing to w branży niemal temat tabu. Wielu komentuje, że to zwykłe oszukiwanie słuchaczy.

J. D.: Ghost producing jest oszustwem, ale masa topowych producentów korzysta z takich usług. Nie będę wymieniał nazwisk, ale ktoś kto siedzi w produkcji i zna technikę danych artystów szybko zorientuje się, że palce maczały tam osoby trzecie.

A. N.: Dlaczego tak jest?

J. D.: Przyczyn może być sporo. Jedni nie mają czasu, bo wiecznie występują na eventach, przez co nie mogą skupić się na produkcji. To wiąże się z ciągłym podróżowaniem, a nie oszukujmy się – w samolocie utworu od A do Z nie zrobisz. Drudzy są po prostu wygodni – po co sami mają się męczyć, skoro ktoś zrobi to za nich, nierzadko o wiele lepiej.

A. N.: Jakie największe sukcesy osiągały Twoje produkcje, które stworzyłeś jako ghost?

J. D.: Było tego całkiem sporo. Swoje produkcje słyszałem wielokrotnie na największych światowych festiwalach. Chodzi m. in. o Ultra Music Festival. Mój track zagrał sam Hardwell i kilku innych artystów. Swoje kawałki słyszałem też na Sunrise Festival.

A. N.: Wielu początkujących producentów może się załamać czytając ten wywiad. Co chciałbyś im przekazać?

J. D.: Wszyscy twórcy muzyki muszą pamiętać o jednym – nigdy się nie poddawajcie i róbcie co kochacie. W końcu dojdziecie do wymarzonego celu. Trzeba tylko chcieć.

Rozmawiał Adrian Nijak (ShiningBeats.pl)