To wydanie możemy chyba nazwać muzycznym mezaliansem. Bo czy moglibyśmy się spodziewać, że jeden kandydatów do wygrania Eurowizji trafi jednocześnie (w remiksie, rzecz jasna) do katalogu deep house’owej odnogi Anjunabeats?

No dobrze, krzywdzącym byłoby nazwanie oryginału “City Lights” typowym eurowizyjnym utworem. Wydana w marcu 2017 roku kompozycja była ciekawym popowym numerem, miejscami zahaczającym o breaks (“połamane” bity w zwrotkach). I gdy to wydarzenie zwykle kojarzy się nam z wesołymi pioseneczkami lub ckliwymi balladami, “City Lights” jawiło się jako słuchalna, popowo-elektroniczna alternatywa dla reszty stawki. W finale 62. Konkursu Piosenki Eurowizji, organizowanego w ukraińskim Kijowie, Blanche – a właściwie Ellie Delvaux – uzyskała wysokie czwarte miejsce i niemałą liczbę komentarzy z całego świata, że to właśnie ona powinna wygrać ówczesną edycję.

Singiel Belgijki trafił do rozgłośni radiowych w całej Europie (w tym w Polsce), jednak największe sukcesy święcił w swojej ojczyźnie, zyskując między innymi złotą i platynową płytę (ten drugi za osiągnięcie liczby ponad 20 tysięcy sprzedanych kopii). “City Lights” można jeszcze od czasu do czasu usłyszeć w lokalnych polskich stacjach (pozdro Bielsko-Biała), jednak ciężko powiedzieć, by był on największym hitem Europy 2017 roku (zwłaszcza, jeśli dodamy fakt, że w 2017 roku ukazało się “Despacito”…).

I gdy już cały świat powoli zapominał o dokonaniach Ellie (w 2018 roku wydała jeszcze dwa single, do których klipy nie osiągnęły nawet 200 tys. odtworzeń, co wypada blado przy 3 milionach “City Lights”), o jej największym sukcesie postanowił przypomnieć duet z Moskwy – Gorje Hewek & Izhevski. Tandem dotychczas mocno związany z rosyjską wytwórnią i stacją radiową Shanti Moscow Radio, zadebiutował końcem lipca w Anjunadeep swoją wersję “City Lights”.

Ich interpretacja mocno korzysta z bogactwa oryginału (piano, skrzypce, kilka wstawek dźwiękowych, linia melodyczna), jednak dodają w niej dużo własnej duszy: spokojny, deep house‘owy bit, nienachalny, pojawiający się od czasu do czasu bas (nieco przypominający mi Solid Stone’a sprzed kilku lat). Nowa wersja ma w sobie sporo uroku, odpręża, świetnie zgrywa się z pierwowzorem. Zachęca też do poznania reszty dyskografii Gorje i Dmitrija (a ta jest równie barwna i intrygująca, co charakterystyczna szata graficzna większości ich wydawnictw).

Muzyka, jak widać i słychać, potrafi łamać bariery, łącząc ze sobą dwa, teoretycznie bardzo odległe od siebie, światy. Ale czy nie za to właśnie ją kochamy? 😉