W tym roku rynek polskich festiwali EDMowych podniósł swój poziom względem roku ubiegłego – i mowa tutaj zarówno o tych małych imprezach (pokroju Goldhill Festival czy Beach Party Trzcianka), jak i o tych największych (na czele z Sunrise Festival). Jednak nie samą elektroniką człowiek żyje – nawet na portalu związanym stricte z taką muzyką, dlatego też w ramach zwieńczenia sezonu wakacyjnych festiwali postanowiłem wybrać się na coś zupełnie innego.

Inność ta objawia się nie tylko przy porównaniu z typowo EDMowymi imprezami, ale także z tymi wielogatunkowymi, pokroju Open’era chociażby. Interesujące i nieszablonowe w mojej opinii podejście do social mediów, a także bardzo różnorodny lineup sprawił, że na pierwszej edycji Fest Festival w jakiś sposób pojawić się chciałem. Jak w zupełnie nowej scenerii wypadł Park Śląski i czy było fest? Sprawdźmy to!

DZIEŃ PIERWSZY

Pierwszego dnia na miejscu zameldowałem się po godzinie piętnastej. Z dojazdem problemu nie miałem – z jadącego godzinę z małym hakiem z Krakowa do Katowic autobusu przesiadłem się do jadącego około kwadrans autobusu miejskiego, który zawiózł mnie aż pod Stadion Śląski. Z pętli tylko kilka minut przyjemnego spaceru i myk – jestem przed bramą festiwalu.

W ciągu kilku minut odebrałem akredytację i nie spiesząc się specjalnie postanowiłem sobie zrobić mały rekonesans. Główna aleja (która zresztą bliżej wieczora z nieznanych mi przyczyn została zamknięta) poprowadziła mnie do punktu centralnego, którym było stoisko Red Bulla, znane doskonale chociażby z Ultra Europe czy tegorocznego Sunrise Festival. Za tą “sceną” znajdował się tzw. fashion market, który naprawdę pozytywnie mnie zaskoczył. Wystawiali się tam mniej i bardziej znani projektanci z regionu i nie tylko. Na jednym ze stoisk można było również kupić winyle i postery, a tuż obok znajdował się minisklepik z vintage’owymi ubraniami i dodatkami.

To (oprócz majtek z Sosnowca) rzuciło mi się w oczy najbardziej, choć – co warto przyznać – sposobów rozumienia mody wśród wystawców było wiele. Szanuję opór, choć to nie do końca moja bajka.

Idąc dalej, mieliśmy chociażby widok na jezioro, na którym można było wziąć udział w wakeboardowym konkursie. Obok tworzony podczas dnia pierwszego mural, a także strefa… dla moli książkowych. Jedno z wydawnictw organizowało tam bowiem spotkania autorskie z pisarzami, a także panele dyskusyjne na tematy wszelakie. Aktywność typowo popołudniowa, także będąca dla mnie pewnym novum.

Błądząc po leniwie rozkręcającym się terenie imprezy, udało mi się dotrzeć na dopinaną jeszcze scenę Krąg Taneczny, za którą odpowiadają ludzie zarządzający warszawską Smolną – i w tym miejscu uznałem, że warto zrobić w tył zwrot i poszukać wrażeń typowo muzycznych.

A na te fan elektroniki poczekać musiał, dlatego uznałem, że posiedzę w strefie dla mediów i posłucham koncertu Sarsy, która jako otwierająca Main Stage artystka wypadła nie najgorzej. Godzinny występ dobiegł końca i tu coś, co dla co poniektórych może być zdziwieniem – godzinna przerwa. Pod sceną zrobiło się pusto, z głośników po cichu grała nieinwazyjna muzyka – co by nie mówić, widok zaskakujący dla kogoś, kto dotychczas jeździł wyłącznie na EDMowe imprezy i przywykł do braku dłuższych niż kilkadziesiąt sekund przerw między występami. Warto więc wiedzieć, że takie sytuacje to na wielogatunkowych festiwalach norma – kiedyś musi być przecież czas na podpięcie sprzętu na kolejny punkt programu, nie?

Takie przerwy miały miejsce na czterech nieskupiających się stricte na setach DJskich scenach. O, właśnie – skoro przy scenach. Oficjalnie było ich 8, ale de facto mieliśmy do czynienia z aż 11 miejscami, przy których gromadzili się ludzie w celu bawienia się do muzyki – wobec tego tych scen w praktyce było właśnie 11. Oprócz Main Stage mieliśmy także Coke Tent Stage, gdzie grali głównie raperzy, zaś w nocy ich miejsce zajmowali elektroniczni artyści; Silesia Stage z muzyką alternatywną oraz New Stage, której lineup stanowił showcase mającej na celu promować nowych artystów inicjatywy labelu Kayax pod nazwą My Name Is New. DJskie sety rządziły za to na pozostałych scenach – trzech spod znaku Kręgów Tanecznych (o nich szerzej będzie w dalszej części tekstu) oraz czterech rozkręcanych przez partnerów i sponsorów festiwalu. Na strefie Red Bulla grany był głównie house w różnych klimatach, na brandowanej marką Pringles Club Stage rządziły klimaty rap i rnb, w sporym namiocie True Music (za którym stoi Ballantines) grał house i techno, a na zarządzanej przez Jagermeistera Strefie Jelenia był misz-masz, na czele z pewnym bardzo zaskakującym akcentem. Ale o nim również później.

Ale wracając na główną scenę – po godzinie 18 zameldował się na niej kolektyw Albo Inaczej, który zrobił naprawdę dobrą robotę. Czas do około 20 spędziłem głównie na niespiesznym i niezobowiązującym robieniu rekonesansu po dość sporym terenie. Jednak, kiedy wybiła już ta 20, moje kroki naturalnie skierowały się na drugą część pokaźnego terenu – gdyż właśnie o tej porze swoje działanie rozpoczęły Kręgi Taneczne.

Główna klubowa scena – nazywająca się po prostu Krąg Taneczny – skupiała się na klimatach techno. Jednak zabawa rozkręcała się bardzo leniwie, Kiasmos grał bardzo powolne, chilloutowe utwory dobrze pasujące na warmup. Osoby bawiące się w tamtym miejscu miały spore udogodnienie w postaci ławeczek tworzących atmosferę quasi-amfiteatru – i to właśnie na nich spędziłem lwią część czasu poświęconą na klimaty techno. Socrealistyczne budowle zrobiły na mnie NIESAMOWITE wrażenie, a gra świateł (co ważne, nie było żadnych wizualizacji ani telebimów – światła stanowiły wszystko w tym temacie i to tak naprawdę wystarczyło). Zbliżała się jednak godzina 21, a przede mną do zwiedzenia jeszcze dwie sceny – dlatego też postanowiłem pójść w głąb lasu.

Po drodze na Astral Stage spotkały mnie fluorescencyjne instalacje, dobrze znane z imprez z muzyką goa i psytrance. Nic dziwnego – swoistego takeoveru jednego z Kręgów dokonała bowiem ekipa Goadupa Festival, jednego z najbardziej rozpoznawalnych brandów związanych z muzycznymi psychodelikami w naszym kraju. Zderzenie z tą kulturą po prostu wryło mnie w glebę – organizatorzy zadbali bowiem nie tylko o aspekty muzyczne, ale zaprosili także różnej maści performerów – mi udało się trafić na show związane z tańcem ognia. Niecodzienny widok, którego nie spodziewajcie się raczej na innych festiwalach.

Muzyka to jedno – bo sam wystrój sceny zapierał dech w piersi. Autentycznie – tak klimatycznego miejsca nie widziałem jeszcze na żadnym polskim evencie, a na paru już przecież w swoim życiu byłem. Na Astral Stage wylądowałem na moment, bo z oddali słyszałem już zdecydowanie bardziej przyciągające mnie drum’n’bassowe klimaty.

Raban Stage spośród wszystkich tanecznych scen była najmniej porywająca – ot, klasyczna instalacja, jakich na festiwalach pełno. Nie zmienia to jednak faktu, że największą robotę robiła muzyka. Udało mi się trafić akurat na występy polskich supporterów, których swoją nawijką wspierał MC Maniac. Muzyczny klimat połamanych dźwięków wciągnął mnie do tego stopnia, że spędziłem tam kolejnych parędziesiąt minut. Była to niestety jedyna okazja ku temu, aby pobawić się do takiej muzyki w tak szerokim zakresie czasowym – na dłużej zawitałem tu jeszcze tylko praktycznie na sam koniec drugiego dnia. Nie zmienia to faktu, że jeśli Raban Stage zawita na Fest Festival za rok, to będzie to jedna ze scen, które z czystym sumieniem będę polecać – tak samo, jak i resztę Kręgów Tanecznych.

Wcześniej wspomniałem o “pewnym bardzo zaskakującym akcencie” w Strefie Jelenia, do którego miałem wrócić – dlatego wracamy. No bo wyobraźcie sobie, że idziecie sobie główną alejką, przechodzicie obok Strefy Jelenia, a tam… orkiestra! Autentycznie nad znajdującym się naprzeciwko DJki barem pojawił się kilkuosobowy band, który grał typowo imprezowe numery w orkiestrowych aranżacjach. Panowie pojawiali się na jakiś czas co jakiś czas przez cały festiwal, a ich performance mogę śmiało zaliczyć do najbardziej pozytywnych zaskoczeń tego weekendu.

Wcześniej minąłem jeszcze Club Stage – tak, jak wspomniałem, klimaty rnb, rapsy, takie tam. Temat do zapomnienia – podobnie zresztą uznali festiwalowicze, gdyż scena ta cieszyła się zdecydowanie najmniejszą popularnością.

No ale dobra – w końcu dotarłem na Main Stage, a tak swój show rozpoczął Schoolboy Q. A raczej jego DJ, który przez dobrych 10 minut rozkręcał publikę najprawdopodobniej najbardziej nośnymi teraz newschoolowymi trackami. Nie jestem przekonany, czy to jest zastępstwo, które zadowoliło fana niestety nieobecnej formacji Wu-Tang Clan, która widniała jako headliner już od pierwszej fazy lineupu. Ale wracając do koncertu – po parunastu minutach na scenie pojawił się Quincey, który zdążył już wywołać co nieco kontrowersji na swoim Insta Story, ironizując w swoim stylu, powszechnie znanym na polskich festiwalach jako “nikt nie przyszedł”. Pod sceną było jednak sporo wiary, która najwyraźniej kumała o co chodzi. Jednak to nie było do końca show dla mnie, dlatego przeniosłem się znów na Kręgi Taneczne, gdzie w najlepsze produkował się duet Kollektiv Turmstrasse. Panowie wykonali kawał dobrej roboty.

Na chwilę jeszcze wpadłem na Astral Stage, gdzie spotkała mnie kolejna nie lada niespodzianka. Nikt przecież nie spodziewałby się na festiwalu muzycznym… położonego dosłownie kilka metrów od sceny kina plenerowego. Wyświetlany w tamtym momencie film dotyczył najpewniej ochrony środowiska – oglądało go kilka osób, ale to chyba nie była rozrywka dla mnie. Przykuły moją uwagę za to dobrze wystylizowane miejsca przeznaczone do chilloutu, położone obok sklepików, w których można było kupić pasujący do klimatu tej sceny gadżet czy też zjeść coś, czego raczej w innych częściach festiwalu się nie znajdzie. Innymi słowy – festiwal w festiwalu.

Kiedy docierałem na Main Stage po raz kolejny, mieliśmy już północ. Spodziewałem się trwającej jeszcze parę chwil przerwy przed ostatnim występem, a tu zonk – bowiem kilkanaście minut przed wyznaczonym w timetable czasem swój set rozpoczął Alan Walker. Norweg przyciągnął wielu fanów, głównie w wieku młodzieńczym. Jako, że festiwal nie miał ograniczeń wiekowych, to nie było problemem znalezienie młodszych nawet o ponad dekadę fanów, paradujących dumnie w merchu Alana. Ale do rzeczy – popularny producent zapewne zawiódł oczekiwania wszystkich, spodziewających się wyłącznie radiowej popeliny – występ twórcy “Faded” był bowiem pełnoprawnym DJ setem, któremu energii nie brakowało. Był to jednocześnie jeden z niewielu momentów na Fest Festival, kiedy można było usłyszeć bardziej komercyjną elektronikę. Nie ukrywam, chętnie posłuchałbym więcej takiej muzyki podczas przyszłorocznej edycji – podobne zdanie mieli również czytelnicy, których spotkałem na początku pierwszego dnia. Nie zmienia to jednak faktu, że było godnie.

Na secie pana Alana byłem jakieś paręnaście minut – moje kroki skierowały się za to w stronę Coke Tent Stage, gdzie swój występ kończyła formacja Meute. Głęboko ubolewam nad faktem, iż dotarłem dosłownie na końcówkę ich energetycznego i przyciągającego pod wielgachny namiot tłumy – ale dobra wiadomość jest taka, że Niemcy wkrótce powrócą na parę koncertów do naszego kraju. Niemniej, mimo krótkiego czasu antenowego (przyszedłem bowiem na ostatnie dwa utwory), orkiestrze udało się uzyskać moje pełne uznanie. Bardzo specyficzne i nieszablonowe wykonania house’owych i techno tracków zasługuje na uznanie, dlatego jeśli nie znacie jeszcze Meute, koniecznie to nadróbcie!

Do występu Lost Frequencies zostało jeszcze trochę czasu, dlatego postanowiłem znaleźć sobie leżaczek i tuż przy scenie sobie pochillować. W międzyczasie zajrzałem dosłownie na chwilę na Silesia Stage – tam Christian Loffler uskuteczniał swój wypełniony ambientami DJ set. Bardzo przyjemny klimat, w sam raz na chillout. Żałuję, że nie było mi dane zostać tam dłużej.

Na zamykającym Coke Tent Stage występie także długo nie zabawiłem – może też dlatego, że opinię na temat muzyki Felixa zdążyłem sobie już wyrobić. Bardzo solidne intro, będące nową wersją “Like I Love You”, rozbudziło wszystkich obecnych pod sceną. Dalej – jak czytam w recenzjach – również było zacnie, jednak ja wtenczas byłem zupełnie gdzieś indziej.

Załapałem się bowiem jeszcze na końcówkę bardzo mocnego wykonu, który prezentował Reinier Zonneveld. Takiego techno było mi trzeba, dlatego też nieco żałowałem, że byłem tam dosłownie na moment. Żałowałem także przeoczenia seta duetu Camo & Krooked, którzy występowali 2 godziny wstecz na Raban Stage. Niestety, mając tak wiele scen do wyboru i lubiąc różne klimaty, nie sposób być na wszystkich koncertach – ale tego już nie przeskoczymy.

Na tym zakończyłem swój pierwszy dzień pobytu w Parku Śląskim. Po godzinie 2 opuściłem teren imprezy, zaś już po 11 godzinach pojawiłem się na nim znów.

DZIEŃ DRUGI

Dzień drugi Fest Festival rozpocząłem od szybkiego rekonesansu na Main Stage, gdzie swój setup dopinała właśnie Daria Zawiałow wraz ze swoim zespołem. Później jednak skierowałem się w stronę Astral Stage, gdzie impreza trwała już od… godziny 12! Scena rozkręcała się leniwie, główną atrakcją był tańczący facet o gołej stopie i gołym torsie. Nagrałem to, co zobaczyłem i wysłałem swojej dziewczynie, która określiła to miejsce jako, tu cytat, “jakiś obiekt do uprawiania okultyzmu”. Odważnie, nie ukrywam.

Kolejne godziny spędziłem daleko od muzyki elektronicznej – na Silesia Stage pochillowałem chociażby przy przyjemnych i dopasowanych do pory brzmień, które intonował duet Kwiat Jabłoni. Serio – ten występ był w pewien sposób… miły. Zdecydowanie więcej pazura pokazał za to na Coke Tent Stage RAU, który łączył rapowe skille z live actem na launchpadzie. Spędziłem pod namiotem paręnaście minut, po czym skierowałem się do press roomu – wszak wyjazdy wyjazdami, ale swoje do zrobienia też miałem. W każdym razie dzięki temu miałem okazję wyleczyć urazę do twórczości Pawła Domagały, który zagrał całkiem przyjemny koncert. Z drugiej strony – zmieniłem swoje położenie zanim wybrzmiał szlagier “Weź nie pytaj”, więc to może dlatego tak dobrze oceniłem otwarcie Main Stage podczas drugiego dnia Fest Festival…

W każdym razie postanowiłem trochę pochillować w oczekiwaniu na bardziej interesujące koncerty – dlatego udałem się po kubek wody (a ta, dzięki górnośląskim wodociągom, była za darmo), znalazłem leżaczek i tak sobie leżałem przez kolejnych paręnaście minut. Najchętniej poszedłbym wtedy spać, no ale tak nie wypada – szczególnie, że dziennikarski obowiązek nakazywał obecność przy w mojej opinii najbardziej kuriozalnej atrakcji tego weekendu, którą jest festiwal kolorów. Nie do końca rozumiem ideę proszków Holi i ich obecności na Fest Festival – sprawiało to wrażenie próby chwycenia zbyt wielu srok za ogon.

Jak się okazało w dalszym czasie, jeszcze lepszym miejscem na chillout była… Raban Stage. Do godziny 20 – a więc do startu sceny – zostały jeszcze ponad 2 godziny, dlatego panował tam względny spokój. Nabrałem sił dosyć szybko i udałem się w kierunku głównej części imprezy, przy okazji mijając specjalną strefę odpoczynku, w której można było przy okazji spróbować różnych rodzajów win. Nie jestem jednak koneserem picia wina solo, dlatego z tej zapewne dobrej okazji nie skorzystałem. Uznałem za to, że dobrze będzie coś zjeść – dlatego udałem się do jednego z bardzo licznych, różnorodnych asortymentowo i położonych w różnych miejscach festiwalu food trucków.

Mój wybór nie jest co prawda zbyt wyrafinowany – wszak wybrałem frytki belgijskie, czyli foodtruckowy klasyk – ale co pojadłem, to moje. 16 zł za dużą porcję dało mi co nieco energii na kolejne godziny.

W międzyczasie skierowałem swoje kroki w stronę strefy True Music, gdzie swoje house’owe i techowe ciosy wyprowadzał Weikum. Frekwencja nie powalała, choć z czasem na dancefloorze zaczęło robić się stosunkowo ciasno – dlatego też postanowiłem ewakuować się z tego naprawdę pokaźnego i położonego w bliskiej odległości od Main Stage namiotu.

Akurat tak się złożyło, że wtedy swoje show na Coke Tent Stage rozkręcał Bedoes. Wbiłem w najlepszym momencie – akurat trafiłem na memicznego “Delfina”, który został wykonany… ze słupów podtrzymujących namiot. Sprytnie, panie Borys – jednak to nie wystarczyło i po 2-3 utworach opuściłem wypełniony młodymi ludźmi przybytek. I nie przeginam, używając słowa “wypełniony” – odniosłem bowiem wrażenie, że fanów rapu w sobotę było więcej, niż w piątek – gdyż zarówno na występie Borysa, jak i później występującego Sokoła, przestrzeń pod namiotem była praktycznie w pełni zajęta.

Wybaczcie, ale tego dnia nie było mi spieszno do Kręgów Tanecznych – uznałem bowiem, że pochilluję na trawie, słuchając headlinerskich popisów Jadena Smitha. Młody raper dawał radę, choć wspólnie ze spotkaną na miejscu znajomą koordynatorką wolontariuszy uznaliśmy, że ci wszyscy raperzy z “nowej szkoły” to w sumie brzmią identycznie i równie dobrze ja mógłbym zacząć nawijać pod trapowe bity z podobnym skutkiem. Przy okazji – był to jeden z dwóch (serio!) koncertów, które wysłuchałem w całości przez cały Fest Festival.

W międzyczasie rozpoczął się pełen energii koncert Sokoła. Weteran polskiej sceny zatrząsł Coke Tent Stage, prezentując utwory z najnowszej płyty oraz największe klasyki pokroju “Damy radę” przed naprawdę sporą publiką – jestem skłonny uznać, iż koncert stołecznego rapera był najchętniej odwiedzany przez festiwalowiczów. Oby więcej takich charakternych występów podczas przyszłorocznej edycji.

Do rozpoczęcia DJ setu duetu Disclosure zostało jeszcze trochę czasu, dlatego uznałem za stosowny kierunek: Kręgi Taneczne. I tutaj dochodzimy do najmniej kolorowej części mojej przepastnej relacji.

NAJWIĘKSZA KONTROWERSJA FESTIWALU

Jak się okazało – w lineupie techno sceny zaszły spore zmiany, których nie byłem w stanie zarejestrować, mimo bycia na bieżąco z socialami festiwalu – stąd też moje zaskoczenie, kiedy kilka minut przed północą usłyszałem żegnających się z publiką panów z catz n dogz. Dopiero po zakończeniu imprezy dowiedziałem się, że swoje występy odwołali Vaal i ogłoszony już podczas pierwszego rzutu headliner – Vitalic. Wieść gminna niesie, że o absencji tego drugiego było wiadomo już na kilka tygodni przed rozpoczęciem imprezy – tym bardziej więc nie rozumiem tego, że o roszadach dowiedziałem się… z komentarzy na Facebooku, zaś organizator po dziś dzień sprawy nie wyjaśnił. Uznaję tą zagadkową sytuację za największy minus imprezy. Follow The Step – poprawcie się!

Ale – żeby nie było tak gorzko – jest to jedna z niewielu rzeczy (oprócz szkodzących posiadaczom biletów jednodniowych roszad w składach artystów na konkretne dni, kontrowersyjnej, choć przeprowadzonej w odpowiedni sposób kwestii Wu-Tang Clanu oraz braku zapowiadanej aplikacji festiwalowej na smartfony z Androidem), które poszły nie tak. Jak na pierwszą próbę organizacji eventu z takim rozmachem, jest całkiem godnie.

Tyle wylewania żali – czas na zamykających główną scenę headlinerów. Brytyjski duet Disclosure zgotował naprawdę wspaniałe show, składające się z największych przebojów braci oraz wielu house’owych sztosów, porywających do tańca kilkutysięczny tłum, który zgromadził się pod sceną. Dziewięćdziesięciominutowy set zwieńczyło “You & Me” w najlepszej możliwej wersji, za którą stoi Flume. Wspaniałe doświadczenie, które po prostu trzeba przeżyć samemu.

Jeszcze przed występem Disclosure znalazłem jedną z niewielu festiwalowiczek w ich merchu. Szanuję!

Guy i Howard sprawili, że nawet na chwilę nie zajrzałem na Coke Tent Stage podczas występu Netsky’a. Dlatego też jestem skłonny określić pierwszą edycję Fest Festivalu w kategoriach “klęski urodzaju”. W mojej opinii bowiem osoby lubiące różne gatunki mają po prostu przechlapane w obliczu tak wielu scen i tak wielu interesujących artystów. Cóż Boris, może następnym razem…

W każdym razie zegar wskazuje prawie drugą, dlatego postanowiłem – po wykonaniu paru obowiązków rednacza – już bez większych zobowiązań pobawić się na Kręgach Tanecznych. Jako swój cel obrałem w głównej mierze drum’n’bassową Raban Stage, gdzie po trzeciej dobrym klimatem zarażali Calyx & Teebee. W tym samym czasie Krąg Taneczny zamykała niemiecka DJka i producentka o pseudonimie Virginia. Balans między chilloutowym bujaniem a “techno wpierdolem” został zachowany, toteż i na posłuchanie tego występu poświęciłem co nieco czasu. Zegar jednak tykał nieubłaganie, dlatego moje kroki kierowały się coraz bardziej zdecydowanie w stronę wyjścia – nad tym faktem ubolewam do dziś, jako że zabawa była naprawdę przednia.

JEDZENIE I PICIE – CENY

Wcześniej wspomniałem co nieco o jedzeniu, teraz pozwolę sobie ten temat rozwinąć. Wybór był naprawdę szeroki, zaś ceny – jak na festiwalowe warunki – nie najgorsze. Przykładowo za konkretnych rozmiarów burgera należało zapłacić od 25 do 30 zł, za pizzę o średnicy ponad 30 cm obowiązywała cena w granicach 30 zł, zaś za dużą porcję frytek belgijskich należało zapłacić od 15 do 18 zł.

Jeśli ktoś narzekał na ceny jedzenia, to z pewnością zaakceptuje ceny napojów – za półlitrową butelkę coli tudzież innego napoju gazowanego (ale bez zakrętki!) należało zapłacić 6 zł, tyle samo kosztowała butelka wody mineralnej, a także puszka Red Bull’a. Drinki kosztowały po 16 zł, zaś 10 zł należało zapłacić za whiskey Ballantines na lodzie lub shota wódki Absolut. Mogło więc być drożej.

A ile za piwo? W normie – za 0,4l lanego Lecha należało zapłacić 10 zł.

BILETY NA FEST FESTIVAL 2019

Skoro jesteśmy przy cenach – dwudniowy karnet w regularnej sprzedaży kosztował 289 zł, a więc tyle samo, co trzydniowy karnet na przyszłoroczną edycję w pierwszej puli, ruszającej już 9 września. Jak za taki mocny lineup i sporą liczbę atrakcji – grosze.

DOJAZD DO CENTRUM KATOWIC PO IMPREZIE

W kwestii dojazdu do centrum po imprezie – po piątkowych koncertach postanowiłem wypożyczyć rower miejski, dzięki któremu po kilkudziesięciu minutach jazdy w średnim tempie dojechałem do dworca autobusowego, skąd wróciłem do swojego krakowskiego mieszkania. Natomiast sobotni powrót był już droższy – podróż Boltem (którego i tak łapałem dobrych kilkanaście minut, mając na oku również inne aplikacje przewozowe) kosztowała mnie około 20 złotych. Czasu na powtórkę numeru z rowerem nie miałem, a i na zbiorkom liczyć nie mogłem – nocny tramwaj był przepełniony do tego stopnia, że przez dobrych parę minut nie było możliwości zamknięcia doń drzwi.

PODSUMOWANIE

Jeśli dotarłeś, drogi czytelniku, do tego momentu, to wiedz, że jesteś wielkim Polakiem, którego szanuję opór. Tekst bowiem był długaśny, ale nie sposób było opowiedzieć w inny sposób o wszystkim, co działo się w przedostatni weekend sierpnia w Chorzowie. Sama impreza stała na wysokim poziomie – i to mimo kilku wpadek i poważnych błędów, o których wspomniałem wcześniej. Mam z tyłu głowy świadomość, że jest to pierwsza tak poważna impreza agencji Follow The Step. Dlatego też moja ocena mogłaby być z tego tytułu nieco bardziej pobłażliwa, choć nie musi. Słowem – pierwszy Fest Festival został zorganizowany w naprawdę dobrym stylu, który może być początkiem tworzenia czegoś na miarę “Open’era południa Polski”. Osobiście w następnym roku widziałbym w lineupie – co nie powinno nikogo zaskoczyć – więcej EDMu przy zachowaniu gatunkowej różnorodności, która przecież jest jednym z największych atutów tej imprezy.

Reasumując – było fest! A jeśli chcecie zobaczyć więcej – zobaczcie trwającego niecałe 10 minut vloga.

Relację oraz zdjęcia w całości zrealizował Patryk Wojtanowicz