Muzyka hardstyle zyskuje coraz więcej fanów na całym świecie, w tym także w Polsce. Rodzimi miłośnicy tego gatunku nie są jednak rozpieszczani tak licznymi eventami, jak chociażby fani trance, techno czy bardziej komercyjnych klimatów klubowych. Mają oni więc okazję spotkać się tylko kilka razy w roku. Tak się jednak składa, że ten stan rzeczy się powoli zmienia – czego dowodem jest pierwsza polska impreza spod szyldu marki I AM HARDSTYLE. Odbyła się ona 9 listopada w łódzkiej Atlas Arenie – i my tam byliśmy!

Przemyślana lokalizacja

Wybór łódzkiej hali nie był do końca oczywisty, wszak w ostatnim czasie imprezy z muzyką elektroniczną pod dachem odbywały się głównie w Trójmieście, Gliwicach i Krakowie. Organizatorzy postawili jednak na centralną Polskę, co w mojej opinii było doskonałym wyborem. Osoby mieszkające na krańcach naszego kraju nie musiały się przemieszczać przez cały kraj. Wystarczy kilka godzin autem czy pociągiem i jest się już na miejscu. Jeśli mówimy o pociągach (ja również wybrałem tę opcję) to Atlas Arena jest w sąsiedztwie dworca Łódź Kaliska, więc nie trzeba przemieszczać się przez całe miasto. Dla osób zmotoryzowanych był dostępny duży parking, więc również nie było problemu z pozostawieniem auta.

Hala również spełniła swoje zadanie. Nie jest to może największy obiekt nad Wisłą, ale z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że na I AM HARDSTYLE dała radę. To też zapewne dzięki świetnie wykonanej pracy przez dźwiękowców – pod tym względem nie można było narzekać. Na halach często jest tak, że dźwięk potrafi się odbijać od ścian i powodować dziwne echo. Tu tego nie doświadczyliśmy.

Scena niczym z Ultra

Scena wyglądała wyśmienicie, zwłaszcza w chwilach, kiedy wykorzystywała swój pełny potencjał. Pojawiły się nawet głosy, że z wyglądu przypomina trochę tą z tegorocznego Ultra w Miami. Dużo ekranów ledowych, na których były wyświetlane wizualizacje, sprawdziły się doskonale. To jednak nie wszystko, gdyż wyrzutnie CO2, ognia czy pirotechnika podkręcały doznania. Scena nie pokazała od razu całego swojego oblicza. Stopniowo było odpalane coraz więcej ekranów, aż przyszedł punkt kulminacyjny. Organizatorzy dobrze to wymyślili, podnosząc powoli poziom doznań uczestników imprezy.

Zaskakująco bogata oferta gastronomiczna

Zanim przejdziemy do aspektów muzycznych, chciałbym zwrócić szczególną uwagę na ofertę gastronomiczną podczas eventu. I prawdę mówiąc, tak różnorodnego menu nie widziałem chyba nigdzie. Pajda ze smalce, oscypek, owoce, warzywa marynowane, cukierki, kabab w tortilli, frytki belgijskie no i oczywiście wisienka na torcie, gdzie nigdzie indziej tego nie widziałem – świeże zapiekanki przygotowywane na miejscu! Popić jedzenie też było czym i co najważniejsze nie było olbrzymich kolejek przy stanowiskach. Można było w każdej chwili wyskoczyć coś zakupić. Odnośnie cen, ciężko mi się wypowiedzieć, gdyż wszystkich nie widziałem. Z tego, co udało mi się zapamiętać, to woda w butelce kosztowała 7 zł, duże frytki belgijskie 16 zł. Ceny typowo festiwalowe.

Na płycie Atlas Areny był ustawiony również oficjalny sklep z gadżetami I AM HARDTYLE, który cieszył się sporym zainteresowaniem wśród uczestników. Do wyboru były przeróżne, gadżety od opasek po flagi z logiem marki. Nie zabrakło również oficjalnych ubrań w tym bluz i koszulek. Co najważniejsze, moim zdaniem ceny były przystosowane na rynek polski. Oblegane było również stanowisko, gdzie były wykonywane zdjęcia uczestnikom imprezy, a następnie dodawane komputerowo tło I AM HARDSTYLE.

Niesamowity klimat

Skupmy się teraz na części artystycznej. Zaznaczę jednak na początku, że była to moja pierwsza wizyta na typowo hardstyle’owej imprezie. Co prawda, miałem styczność z tym gatunkiem czy to na Sunrise Festival, czy to na innych imprezach, gdzie DJ kończyli swoje sety właśnie hardstylem. Ciężko mi jest dokładnie określić, od kiedy zaczęła się moja przygoda ze słuchaniem 150 BPM jednak trwa to już jakiś czas. Przyszedł więc czas wybrać się na event tylko i wyłącznie z tą muzyką. I muszę szczerze powiedzieć. Na żadnej innej imprezie nie widziałem takiego klimatu. Nie było tu przypadkowych osób, każdy wiedział, po co tu przyszedł. Artyści co chwilę wyciszali muzykę, a publiczność nuciła dalej melodię. Skoro mówię już o publiczności to była ona bardzo życzliwa – nie widziałem niepotrzebnych spin czy przepychanek. Wręcz odwrotnie osoby, które się nie znają bawią się razem czy przytulają. Muszę przyznać, że fani hardstyle’u to wyjątkowa społeczność. Co ciekawe na hali można było ujrzeć zagraniczne flagi. Osobiście widziałem osoby z Niemiec, Norwegi, Czech czy Izraela, które przyjechały do Łodzi.

Każdy dał z siebie 100%

Pod względem muzycznym, ciężko mi wybrać ten numer jeden. Każdy zagrał wyjątkowego seta i dał z siebie maksimum możliwości. Ja jednak chciałbym małym plusem wyróżnić występy duch duetów, które na mnie zrobiły chyba największe wrażenie. Mowa oczywiście o D-Block & S-Te-Fan oraz Sub Zero Project, którzy swoimi setami porwali tłumy. Pozostali artyści tak jak wspomniałem wcześniej wypadli równie dobrze i na parkiecie było gorąco. Sam MC Villain podkreślał, jaka cudowna publiczność była tego dnia w Atlas Arenie i jak oddana jest rzesza fanów hardstyle w Polsce. Na sam koniec ogień podsycił nasz najlepszy hardstyle’owy artysta Regain, który zamknął event tak jak powiano się to robić, czyli z masą energii.

Będzie kolejna edycja!

Pierwsza, a co najważniejsze w moim odczuciu udana edycja była bez zarzutów. Jedynie to do czego mogę się przyczepić, to brak mapki z pokazanymi wejściami oraz brak wcześniejszej informacji dla osób posiadające bilety na płytę, gdzie muszą się udać po specjalną opaskę. Wszystko pozostałe bez zarzutów. Organizatorzy spisali się na medal. Ochrona nie stwarzała problemów. Ilość punktów gastronomicznych wystarczająca a co najważniejsze różnorodna. Muzycznie też baz zarzutów, gdyż lineup był naprawdę godny takiej marki, jak I AM HARDSTYLE. To jednak dopiero początek podboju hardstyle’owego rynku w Polsce. W kuluarach mówiło się, że to był dopiero początek. Pierwsza edycja była tylko przystawką do dania głównego. Jeśli teraz dostaliśmy dopiero namiastkę, to boję się tego, czego uświadczymy na kolejnej edycji.