Sytuacja związana z COVID-19 w coraz większej liczbie krajów zaczyna być uznawana za względnie opanowaną. Prowadzi to siłą rzeczy do luzowania ograniczeń wprowadzonych przez rządy. Jednak mimo to nowa rzeczywistość w niczym nie będzie przypominać tej sprzed pandemii. Wpływa to negatywnie na szanse na jak najszybsze odbudowanie się rynku eventowego czy klubowego, chociażby w naszym kraju. Jest na szczęście światełko w tunelu – a jego miejscem są nasi południowi sąsiedzi.

Czesi odmrażają gospodarkę

Czeskie służby poradziły sobie bowiem bardzo szybko z koronawirusem, dlatego też 25 maja wejdzie w życie ostatni etap luzowania restrykcji. Zniesiony zostanie chociażby obowiązek zasłaniania twarzy i nosa w przestrzeni publicznej (będzie on obowiązywał wciąż m.in. w komunikacji miejskiej oraz podczas wizyt w urzędach). Otwarte już od poniedziałku restauracje czy bary będą mogły zaprosić gości do wnętrz swoich lokali. Obecnie mogą ich przyjmować wyłącznie w ogródkach letnich.

Jednak najważniejszym z naszej perspektywy aspektem są imprezy masowe. A w tych od 25 maja będzie mogło uczestniczyć nawet do 300 osób. Właściciele kin czy teatrów, a także organizatorzy koncertów będą mogli więc wznowić działanie. Jeśli sytuacja związana z koronawirusem się nie pogorszy, to Czesi będą mogli liczyć na powiększanie limitu osób, które będą mogły uczestniczyć jednocześnie w takiej imprezie. I tak – 8 czerwca limit ten wynosiłby 500 osób, a 22 czerwca – już 1000. Pełny harmonogram znoszenia ograniczeń przez Czechów znajdziecie pod tym linkiem.

Jak ryzykowny jest to ruch?

Oczywiście, jest pewne ryzyko – i pokazał to chociażby przykład z Korei Południowej, o którym pisaliśmy już w tym tygodniu. Niemniej sytuacja u Czechów jest na tyle pozytywna, a sposób działania praskiego rządu na tyle umiejętny, że tamtejsze władze mogą sobie pozwolić na tak daleko idące odmrażanie gospodarki. W przeciwieństwie do polskich władz.