kontakt

Każdy z nas czuje, że pandemia staje się przeszłością. Przynajmniej, jeśli chodzi o środowisko koncertowe. Już w 2021 roku mieliśmy szczęście bawić się na festiwalach, w pełnej lub mniejszej edycji. Jednak wiele największych graczy zdecydowało się swój powrót przełożyć na kolejny rok. Po 3 latach w końcu odbyła się kolejna edycja Orange Warsaw Festival, a w kolejce są inne imprezy Alter Artu – Open’er oraz Kraków Live Festival. W pierwszy weekend czerwca na terenie Toru Wyścigów Konnych Służewiec do polskich i zagranicznych artystów bawiły się tysiące osób głodnych normalności. Tęskniliśmy? W tym tekście poznacie nasze wrażenia ze swoistego otwarcia festiwalowego sezonu.

Podwójne powroty

Do OWFa mam pewien sentyment. To był pierwszy mój “duży” festiwal, na który trafiłam. W 2018 roku miał on też duże znaczenie w obraniu mojej dalszej ścieżki koncertowej, czy zadecydował o tym, w jakich klimatach muzycznych obecnie się odnajduję. 4 lata temu w Warszawie, na Służewcu wylądowałam słuchając na co dzień więcej alternatywnych czy popowych klimatów, a elektronika płynnie przewijała się między nimi. Drugiego dnia, jako (była?) Florensiara od początku dnia czekałam na występ pod barierkami (nie polecam), by tylko blisko zobaczyć F+TM. Występ Axwell & Ingrosso, który był następny w kolejce miał być miłym dodatkiem, jednak finalnie bardziej czekałam ten set. Przez godzinę poczułam, że jeszcze nigdy w życiu się tak dobrze nie bawiłam. Zaczęłam na muzykę patrzeć zupełnie z innej perspektywy, a w EDM – jak widać – weszłam na dobre i już nigdy nie wyjdę. Dlatego uczestnictwo w tegorocznej edycji było powrotem zarówno sentymentalnym, jak i postpandemicznym – jeśli mowa o wydarzeniach od Alter Artu.

Jednak przejdźmy do obecnej edycji. Długo zastanawiałam się nad tym, czy kupować karnet na tę imprezę. Gdy ogłoszono większą partię artystów, w tym headlinerów, miałam deja vu. Tyler, The Creator i Florence + The Machine w 2018 zagrali jednego dnia, a teraz powracają na czele lineupu obu dni. Tegoroczny OWF był mocno nastawiony na fanów rapu, co przy obecnych trendach nie jest niczym dziwnym. Tu warto wspomnieć, że jestem niedzielną słuchaczką takich klimatów. Do tego – jak nigdy – brak EDMowego headlinera. Więc co mnie przekonało? Wieloletnia chęć zobaczenia w akcji Foalsów i Charli XCX. Złapałam się też na Florensowy haczyk. Co prawda ruda regularnie pojawia się w Polsce, jednak to nic dziwnego, bo nadal jest na jej występy popyt. Jak już 3 razy byłam na jej koncertach, tak stwierdziłam, że czwarty raz nie zaszkodzi. Przynajmniej z sentymentu do dawniej słuchanej muzyki. Tak oto finalnie mój portfel zadecydował – idziemy!

Przed wejściem na festiwal

Na teren festiwalu z centrum łatwo się przemieścić. Jeśli mamy już opaskę festiwalową, możemy robić to za darmo. Zaraz przy Torze Wyścigów Konnych Służewiec znajduje się pętla tramwajowa, do której spokojnie dojedziemy z kilku dzielnic stolicy. Preferujący podróże metrem mogą wysiąść na stacji Metro Wilanowska bądź Metro Służew i uzupełnić podróż na imprezę innymi środkami transportu. Pod względem dojazdu komunikacją miejską nie mam żadnych zarzutów.

Aby można było wejść na teren festiwalu, bilet trzeba wymienić na opaskę. Po weryfikacji wejściówki dostajemy materiałowy gadżet na ręce. Osoby z karnetami mogły ten proces przejść już w środę i czwartek. Sama skorzystałam z tej okazji, choć na początku nie było łatwo. 1 czerwca przyjechałam na teren i byłam zagubiona. Główna brama, znana z edycji w 2018, była zamknięta. Nigdzie nie było żadnych wskazówek, gdzie mam się udać. Finalnie wypytałam się ochroniarzy, dowiadując się o przejściu, które teraz umieszczone jest w bramie ze skrajnej lewej strony. Finalnie wymiana biletu trwała chwilę. Ukazałam kod na telefonie, obsługa zapięła opaskę i życzyła miłej zabawy w weekend.

Organizatorzy festiwali, mam apel – zatrudnijcie kilka osób do tworzenia systemów odnajdywania się w terenie. To nie pierwsza polska impreza, z którą mam problem. Znów zabrakło odpowiednich oznaczeń odnośnie tego, co, gdzie się znajduje, bądź w którą stronę mam się kierować.

Zanim znajdziemy się na właściwym terenie, po odebraniu opasek czeka nas najdłuższy spacer w karierze polskich imprez. By dotrzeć do bramek, gdzie przechodzimy na Orange Warsaw Festival, musimy odbyć około 10 minutowy spacer. Tam zostajemy przeszukani, sprawdzane są opaski i po pomyślnym przejściu obu procedur zaczynamy festiwalowe szaleństwo.

Zaraz po wejściu

Po przekroczeniu bramek wita nas kolejna aleja, która na wprost prowadzi nas do głównej sceny – Orange Stage. Po lewej stronie znajduje się ściana foodtrucków. Jakby coś, to nie jest jedyne miejsce, gdzie można zjeść na terenie festiwalu. Po prawej, wygrodzone zostały strefy partnerów. Zaczynamy od stoiska Radia Zet. Zaraz obok coś dla wielbicieli trunków pomarańczowych – strefa Aperol Spritz. W bliskiej odległości można było napić się piwa, zajrzeć do strefy Jagermeistera i skorzystać z atrakcji, aktywności w ramach stoiska miasta Warszawa.

Kolejne strefy partnerów znajdowały się bliżej głównej sceny. Nadal po prawej stronie, przy kolejnym wydzielonym barierkami terenie, mieliśmy strefy alkoholowe. To tam można było zakupić piwo, jak i drinki w strefie House of Johnnie. W tym miejscu popołudniami mogli odnaleźć się fani elektroniki, gdzie nie brakowało house’owych klimatów serwowanych przez DJi. Wieczorami stawiano na bardziej imprezowe, acz komercyjne brzmienia. Sąsiadami byli Alter Cafe i jedno z kliku festiwalowych stoisk IQOS. Jednak największą atrakcją tam się znajdującą była strefa Stranger Things, do której o każdej porze ciągły się kolejki. W wydzielonych miejscach znajdowało się mnóstwo leżaków czy puf.

Prawą stronę niedaleko sceny przejęły stoiska z napojami, sygnowane markami Heineken i Tymbark. Bliżej Warsaw Stage umieszono strefę VIP oraz podest dla osób na wózkach inwalidzkich. Od bramek, pod główne miejsce koncertowego weekendu spokojnym spacerem przejdziemy w 5-10 min.

Sceniczne debiuty

Szczerze mówiąc, pierwszego dnia zależało mi jedynie na występie Charli XCX. Resztę czasu chciałam wykorzystać na zwiedzanie, odkrywanie atrakcji czy zapoznawanie się z artystami, których twórczości dogłębnie nie znam. Tak właśnie działałam. Będąc na terenie po godzinie 17 zajrzałam na chwilę na główną scenę, gdzie działał Joey Bada$$. Amerykanin, jak na pierwszy slot imprezy, zgromadził dość dużą publikę. Przeniosłam się w okolice Warsaw Stage, by zorientować się, co tam będzie się działo. Tam właśnie zaczynał się debiutancki koncert Julii Wieniawy. Znana głównie jako aktorka i influencerka, a pomimo tego przyciągnęła wiele ciekawskich do namiotu. Artystka zaprezentowała wiele nowości z nadchodzącego albumu, jednak nie tylko to spowodowało, że zostałam na dłużej. Pomimo tego, że wyznaje zasadę, że jak coś jest do wszystkiego, to może być do niczego, tak po OWF reprezentantka nowego pokolenia zyskała w moich oczach. Utwory brzmiały naprawdę interesująco, nie czułam playbacku, a występ był rozbudowany. Towarzyszył jej zespół, chórki, jak i tancerki, co uzupełniało show i nadało mu profesjonalizmu. Ciekawa jestem, jak to się rozwinie i czy kolejne jej występy utrzymają poziom.

Znów powracam na główną scenę, by się rozejrzeć. To tam od jakiegoś czasu działał NAS, porywając kolejnych fanów rapu podczas słonecznego piątku. Na plus zdecydowanie perkusja, która towarzyszyła temu występowi. Chwilę później poszłam sprawdzić fenomen Kinny’ego Zimmera. Autor “Rozmazanej Kreski” jest świeżo po wydaniu debiutanckiego albumu. Motyw “Letniska” towarzyszył też oprawie występu, a artysta na scenę… wjechał na rowerze. Wiktor porwał publikę, a pewne momenty festiwalowego koncertu zostaną z nami na długo. To tego dnia zagrano ironiczne “WCHJ”, do tego w remiksie Wixapolu, dzięki czemu na tak pozbawionym elektroniki festiwalu usłyszeliśmy hardy. Do tego gościnnie Bedoes w… stroju wróżki grający “Bedoesiarę” czy wychodzące z namiotu (będącego częścią scenografii) osoby przebrane za zwierzęta.

Headlinerzy i spółka

Przyszedł czas na ten występ. Charli XCX w ostatnich latach znalazła swoje miejsce w moim sercu romansując z klimatami hyperpopu. Dawniej nie przepadałam za debiutanckimi utworami Brytyjki, jednak cieszę się, że i to się zmieniło. Show w jej wykonaniu było czymś wyjątkowym. Nie zabrakło wieloletnich hitów jak “I Love It” czy “Vroom Vroom”, jak i ostatnich singli. Na żywo można było usłyszeć materiał z ostatniej płyty, jak i utwory z poprzednich er artystki. Charlotte towarzyszyło dwóch tancerzy, a jeden z nich bardzo przypominał mi z wyglądu producentkę, z którą działała – śp. SOPHIE. Gra światłami, dostosowane do obecnej ery wizuale, wstawki muzyczne między utworami w klimacie hyperpop, czy… techno. Przez ponad godzinę świetnie się wybawiłam. Reszta publiki również wyglądała na zadowoloną, a bliżej sceny widać było… niejedno pogo. Ten występ był godny jednego z późniejszych slotów imprezy.

Przyszedł czas na główną gwiazdę. Tyler, The Creator zachwycił mnie kreacją swojej sceny. Podstawą były stworzone doliny pełne trawy, dopełnione zielonymi roślinami. Kreatywnie wykorzystano ekrany jako tło całości, wyświetlając na nich odpowiednie niebo czy krajobrazy. W niektórych miejscach były dołożone dodatkowe reflektory, a wszystko dobrze dopełniało koncert. Raper wykonał godne one man show, które trudno porównywać do występu z 2018 roku. Amerykanin swoją charyzmą podbił serca publiczności. Potwierdzeniem tego jest jego wypowiedź o frytkach, która przyczyniła polski oddział McDonalda do marketingowego działania. Sama nie słuchając jego twórczości na co dzień i znając jedynie małą część twórczości byłam pod wrażeniem ponad godzinnego spektaklu, który zaserwował.

Na dokładkę Żabson i Young Igi na Warsaw Stage. Artyści połączyli swoje siły na potrzeby albumu “Amfisbena”, które promowali swoimi występami. Festiwalowa odsłona ich występów to energia wypływająca z każdego metra namiotu. Nie zabrakło ich wspólnych numerów, jak i solowych, największych hitów. W tym “Seksoholik” w wersji harbassowej, “THC” znane z blendu Phunk’illa, jak i “Worki w Tłum” OIO. Integracja z publiką na świetnym poziomie. Robienie “wiertary” na “Robotniczym Trapie”, pogo w niezliczonej ilości, rzucanie się w publikę przez Żabsona. To wszystko z troską o ludzi, którzy uczestniczyli w koncercie. Nieraz ze strony artystów padały pytania o samopoczucie, przez stopień ścisku w tłumie. Nie spodziewałam się, że tak dobrze mogę się bawić na takim typie występu. Tak oto zakończyłam dzień pierwszy.

Przerwa na gastro

Nie tylko muzyką ludzie żyją. Jednym z ważnych aspektów imprez masowych jest wyżywienie czy napoje wszelkiej maści. Na terenie OWFu nie brakowało foodtrucków. Pierwsze gościły na głównej alei, inne znajdowały się na specjalnie wydzielonym placu po prawej stronie Warsaw Stage. Wśród nich reprezentanci słonych, jak i słodkich przekąsek wielu kuchni. Pizze, zapiekanki, burgery, wrapy, makarony, pierogi, pad thaie, chilli con carne, lody, churrosy, pączki, a to na pewno nie wszystko. Najtańsze były frytki belgisjkie, za których paczkę zapłaciłam 19 zł. Aby spróbować innych rzeczy, trzeba było liczyć się z wydaniem ok. 30 zł. Pizze, burgery, dania makaronowe, wrapy oscylowały w kwotach 30 – 40 zł.

Jak z napojami? Tutaj o nas dbała marka Tymbark, której napoje można było nabyć za 9 zł, a wodę za 8 zł. Do wyboru wody smakowe, lemoniady, napoje chmielowe i owocowe. Bez procentów było też na stanowiskach Red Bulla. Tutaj ceny po pandemii poszły mocno w górę. Jedna puszka energetyka to wydatek 13 zł, a dwa przy jednej transakcji to 23 zł. Z tego, co mnie pamięć nie myli, wcześniej duet można było nabyć w cenie nieprzekraczającej 20 zł.

Procentowo można było napić się w strefach Aperol Spritz, Jagermeister, Johnnie Walker, jak i przy stoiskach z piwem. Drinki w House of Walker to koszt między 25, a 35 zł. Złocisty trunek na Orange Warsaw Festival zapewniali Heineken, Desperados i Żywiec. Każdy z nich kosztował 15 zł, a na stanowiskach pierwszej z wymienionych marek trwała promocja na 2 sztuki za 25 zł.

Płatności odbywały się w systemie bezgotówkowym. Kartami, telefonami, zegarkami – wszystko przechodziło. Na terenie imprezy również można było wyrobić kartę. Dlaczego tak, a nie inaczej? Raz – dla wygody, drugi – by zwracać kaucję. Do napoi (prócz Red Bulli) dodawano wielorazowe kubki, za które liczono 10 zł. Po ich zwrocie do odpowiednio wyznaczonych miejsc wraz z otrzymanym do nich żetonem, pobrana wcześniej kaucja została zwracana.

… i inne atrakcje

Wspominaliśmy wcześniej o strefach partnerów. Tam prócz koncertów można było bawić się podczas festiwalu. Zaraz przy wejściu swoją siedzibę miało Radio Zet. Na uczestników czekała wodna huśtawka, zjeżdżalnia czy nocna DJka. Stamtąd też transmitowano, co się dzieje na festiwalu. Fani niektórych artystów (przykładowo Sigrid) mogli też tam na nich trafić. Niedaleko była strefa miasta Warszawa z klimatycznymi dekoracjami, kursami robienia wianków i nie tylko. Najgłośniejszym miejscem była strefa Orange przekształcona w atrakcje dla fanów Stranger Things. Inną ciekawą i obleganą pozycją na trenie było Silent Disco. Startująca o 20 i trwająca do 2 w nocy atrakcja jest nierozłącznym elementem imprez Alter Artu. Zabawę tą można było odnaleźć w budynku znajdującym się po prawej od Warsaw Stage. Tam też znajdowały się dodatkowe bary. Po lewej stronie od sceny-namiotu mieliśmy kolejne miejsce na chill. Mnóstwo puf, leżaków, przy dekoracji w formie światełek.

Jeszcze kwestie sanitarne. Toitoie rozstawione w kilku kluczowych miejscach wydarzenia, w tym blisko scen. Obok miejsca do umycia rąk. Kolejek zbyt dużych nie widziałam, więc ilość toalet oceniam na wystarczającą.

Drugi dzień święta pomarańczy

Drugi dzień zabawy w moim wykonaniu zaczął się po 18. Zajrzałam na występ Kukona na Warsaw Stage, który zapowiadał się naprawdę obiecująco. Jednak moim priorytetem tego dnia byli Foals, którzy o 19 zaczynali swój występ na głównej scenie. Brytyjczycy, których głównego wokalistę możecie znać m.in. z “Hypercolor” od CamelPhat, nie zawiedli mnie, dając idealny na słoneczny dzień koncert. Gitarowe, lekkie dźwięki, z nutą tanecznych klimatów. Ponad godzina srogo pobujana, m.in. przy klasykach “My Number”, “What Went Down” i nowościach w postaci “2am” oraz “In Degrees”. Oryginalna barwa głosu Yannisa brzmi na żywo równie dobrze. Formacja ta jest dobrą propozycją na wypełnienie festiwalowego lineupu. Potańczyć, pośpiewać, pobawić się, wyjść zadowolonym z imprezy.

Stormzy kontynuuje dobrą brytyjską passę na Orange Stage. Jest to kolejny rapowy występ, który oprawą przewyższył moje oczekiwania. Świetne animacje, dodatkowe oświetlenie to tylko elementy, które uzupełniały charyzmę Michaela na scenie. Kolejny artysta, który miał świetny kontakt z publiką. Widok wzruszonych osób na telebimie, gdy zszedł do nich po godnym występie był bezcenny.

Dzieci kwiaty

23:00. Zjawia się bogini dzieci w wiankach. Nie, nie wyśmiewam fanów, wszak sama uczestniczyłam w tym wydarzeniu w koronie z kwiatów. Florence + The Machine w Polsce to bookingowy samograj. Ilość jej słuchaczy w naszym kraju, jak i osób chętnych zjawić się na koncert nadal jest ogromna, co udowodniono po raz ósmy (!). Wyjątkowy głos wybrzmiał ponownie w Warszawie za sprawą trasy promującej krążek “Dance Fever”. Do setlisty wróciło “Spectrum”, nie zabrakło “My Love”, “Shake it Out”, a wielu miało szansę pierwszy raz na żywo usłyszeć “Never Let Me Go”. Co ciekawe, zabrakło wieloletnich pewniaków – “You’ve Got The Love” czy aktustycznego “Sweet Nothing”. Koncerty Florence + The Machine dla niektórych to swoisty rytuał. Wydarzenia te mają swój wyjątkowy klimat, a talent rudej tylko to potwierdza. Zespół również odwzajemnia fanowskie zaangażowanie, przez co frontmenka nieraz gościła przy publice, biegając od jednego, do drugiego końca tłumu. Jedyna negatywna rzecz, to niedopilnowanie ze strony konstruktorów scen. Biegająca na bosaka wokalistka trafiła na wystający gwóźdź w scenie, przez co przerwała “Ship to Wreck”.

Na ostatnią chwilę z powodu problemów komunikacyjnych wysypał się Earl Sweatshirt. Amerykanin miał zamykać Warsaw Stage, jednak nie doleciał. Tutaj brawa dla organizatora, który na ostatnią chwilę ogłosił zastępstwo w postaci duetu Karaś/Rogucki.

Wracamy komunikacją

Ważnym aspektem organizacji imprez masowych jest zapewnienie bezpieczeństwa. Uważam, że w skład tego wchodzi odpowiednie zamknięcie festiwalu. Tłum na imprezę przychodzi stopniowo, ale wychodzi już dużymi falami, na przykład zaraz po ostatnim koncercie. Ludzie będą liczyć na publiczny transport, zapewniony przez organizatora lub prywatny, taki jak taksówki. Będąc na wielu koncertach już niejedno widziałam. Pielgrzymki do innej miejscowości na piechotę, gnieżdżenie się w jednym na pół godziny nocnym tramwaju, mnożniki na Uberze, które wychodziły poza jakąkolwiek skalę. Ale to nie na Orange Warsaw Festiwal.

Organizatorzy imprezy dogadali się z Warszawskim Transportem Publicznym. Na czas festiwalu działały dodatkowe autobusy na trasie Metro Wilanowska – Służew i z powrotem, a w nocy znacząco ułatwiono powrót do domu. Z terenu wydarzenia odjeżdżały bezpośrednie autobusy nocne do Metra, a M1 w ten weekend kursowała częściej. Niektóre nocne kursy w tych dniach dostały większe autobusy. Powracając sobotniej nocy, podchodząc na przystanek czekały dwa autobusy do stacji Metro Służewiec, a w niedzielę musiałam poczekać 5 minut na taki kurs. Warto dodać, że na standardowych liniach nocnych bywały opóźnienia.

… i nie tylko

Jeśli ktoś nie chciał liczyć na komunikację miejską, to kilkaset metrów od przystanku autobusowego znajdowała się przestrzeń dla taksówek. To tam stały zamówione pojazdy. Dlaczego tak daleko? By usprawnić jazdę autobusów. Droga, przy której miała miejsce impreza była na tyle duża i długa, że wszystkie sposoby transportu działały bez większych problemów. A dla ekologicznych osób, nie bojących się nocnej jazdy rowerami, organizator zapewnił stojaki na nie przed terenem wydarzenia.

Takie rozwiązanie oceniam na 5. Naprawdę brakuje mi tego na wielu wydarzeniach masowych, gdzie powrót jest przez ilość publiki utrudniony, bądź przez brak transportu w nocy wręcz prawie niemożliwy (pozdro Sunrise Festival 2019). Spokojnie dotarłam komunikacją miejską do centrum. Stąd z pętli Dworca Centralnego można udać się do jednego z nocnych autobusów, którymi można dotrzeć do wielu dzielnic stolicy. Bezpiecznie, darmowo, sprawnie.

Podsumowanie

Dobrze jest wrócić do normalności. Tej festiwalowej również. Multigatunkowe wydarzenia to zupełnie coś innego, niż elektroniczne imprezy. Muzyka z każdej sceny nie gra bez przerwy, bo trzeba zmienić scenografię, przygotować sprzęt pod kolejnych artystów. Dlatego też i ich wygląd jest dosyć uniwersalny. Na plus zdecydowanie bardziej kwadratowe ekrany na Orange Stage. Jednak pod względem standardowego oświetlenia sceny, Fest Festival w tym wygrywa. Śląska impreza też jest nadal wzorem do naśladowania, jeśli chodzi o sceny zadaszone. Warsaw Stage była dosyć prosta – namiot i jedyny ekran tam, gdzie scena i wykonawca. Bawiąc się dalej, niż w połowie tłumu, nie można było w pełni poznać wizualnego aspektu występu. Dodatkowe światła, zakrzywione ekrany? To nie na warszawskiej imprezie. Co prawda takie zabiegi są jedynie dodatkiem, ale jak już się je zobaczyło, to nie można o nich zapomnieć. Tak samo z dekoracjami, których brakowało mi do urozmaicenia terenu OWFu.

Koncerty i chill. To lubię na nieelektronicznych festiwalach mniejszej wielkości. Dwie sceny, na których koncerty na siebie jedynie częściowo nachodzą, pozwala nam zobaczyć w akcji wszystkich artystów choć na chwilę. Gdy nie zależy nam na danych występach, mamy wiele miejsc, gdzie możemy spędzić czas czy zjeść lub wypić w spokojnych warunkach. Jednak ilość leżaków, puf i pokrewnych na taki tłum była lekko niewystarczająca. Najczęściej by odpocząć lądowałam bezpośrednio na trawie czy na betonie.

Lineup? Mnie przekonał częściowo. Gdybym nie mieszkała w Warszawie, raczej nie wybrałabym się na OWF. Na prawdę brakowało mi typowo elektronicznej reprezentacji na koniec. Jednak tu mam dwie koncepcje, dlaczego tego zabrakło w tym roku. Po pierwsze, rap króluje i kolejny alias może przyciągnąć więcej osób lubujących się w tym gatunku, niż EDMowych słuchaczy. Z drugiej strony, w czasie Orange Warsaw Festival działo się wiele typowo elektronicznych wydarzeń. Saga Festival, Nameless, World Club Dome… Trzy skupiska największych nazw tej sceny w jednym czasie mogły stanąć na przeszkodzie w załatwieniu ciekawego, dużego nazwiska. Co działo się za kulisami tylko organizatorzy wiedzą. Jednak mam cichą nadzieję, że EDM za rok powróci do lineup’u…

kontakt