kontakt

Parada Wolności po 20 latach wróciła na ulice Łodzi. To w tym mieście dawniej odbyło się kilka edycji, które aktualnie pamiętają weterani sceny, bądź starsi mieszkańcy tego miasta. Impreza wróciła z dużym rozmachem, a potwierdza to ilość różnorodnych platform, związanych z nimi inicjatyw i frekwencja na afterze. O lineupie części dziennej informowaliśmy tutaj. Jak oceniamy wydarzenie oraz jej “poprawiny”? Oto nasza relacja z perspektywy “nowej gwardii”.

Różnorodność przede wszystkim

Główna część imprezy na Piotrkowskiej rozpoczęto o godzinie 17. W tym czasie wybrzmiał set na głównej scenie, jak i do akcji włączyły się pierwsze platformy. Jednak życie zaczynało już tętnić wcześniej w okolicy Pasażu Schillera. Już o 16 przechadzały tam osoby ciekawe występów, które były pokazami mody, bądź próbami do nich. Brzmienia w tym momencie rodem z Wixapolu, w tym nie zabrakło twórczości MADDa. Nie brakowało tam też starszych osób ciekawych trwającego wydarzenia.

12 platform. Jak na powrót imprezy po latach, taka ilość muzycznych, mobilnych przestrzeni robi wrażenie. Na pewno nie brakowało różnorodnych gatunków, jednak na wyróżnienie zasługuje techno i drum and bass. Słychać było i czuć, że Łódź i okolice stoją właśnie taką muzyką. Nie bez powodu przez długi czas to miasto nazywano stolicą “połamanych” klimatów. Jednak też nie zabrakło między innymi house’u czy zwariowanych połączeń od Wixapolu z hardstyle, vixą i dawnymi klimatami na czele. Na żółtej platformie zagrał chociażby DJ Hazel, który nawet po swoim secie pełen szczęścia bawił się i nagrywał uczestników. Wszystko to w legendarnej koszulce z wisienkami.

Kreatywność bez granic

Jednak wróćmy do “poważnej” muzyki. Lineup robił wrażenie, a przez kilka godzin wybrzmiały sety od cenionych Polaków, weteranów sceny, jak i marek, które docenia również zagranica. Wisienką na tym torcie był Boys Noize. Niemiec polubił się z polską publiką i promotorami, gdyż to był jego czwarty występ na naszych ziemiach w ciągu 12 miesięcy. 1/2 projektu Dog Blood może zaskoczyć nawet osoby zaznajomione z jego selekcją. To już trzeci raz, jak wylądowaliśmy na jego secie. Jak FESTowy, i ten mający miejsce w murach Pragi Centrum miał podobną selekcję, tak na Piotrkowskiej było bardzo świeżo. Przychodząc na moment, trudno było przejść na inne stanowiska. Sety na tyle przyciągały, że ten problem powtarzał się na każdej z mobilnych scen.

Naprawdę trzeba docenić serce włożone w całą inicjatywę. Nie wydaje się większym problemem postawić DJkę na “pace” pojazdu ciężarowego. Jednak każda z platform była przystrojona, zgodnie z reprezentowanym klimatem. Kraty, koła zębate, huśtawki, rzeźbione elementy, ekrany, flagi czy tancerze/ki towarzyszące popisom za konsolą. To tutaj sztuki wizualne łączyły się z muzyką. Do tego odpowiednie rozstawienie powodowało, że dźwięk nie przenikał się pomiędzy nimi. Niektóre festiwale mogą się tego uczyć.

Łączmy ludzi i pokolenia

Warto dodać, że do godziny 22/23 platformy stały na ulicy Piotrkowskiej, przez co nie było większej trudności z zobaczeniem każdej z nich. Ich ilość spowodowała rozproszenie się uczestników, dlatego nie wydawało się, by ludzi było dużo. Warto podkreślić słowa “wydawało się”.

Różnorodność uczestników pod różnymi względami to podwaliny tej imprezy. Podstawą są mieszkańcy Łodzi, którzy świętują w ramach Parady Wolności kolejne urodziny miasta. Tutaj wiek nie ma znaczenia – młodzi, w tym nawet kilkuletnie dzieci w towarzystwie rodziców, jak i emeryci… Osoby, które brały udział w poprzednich edycjach, jak i takie, które nie mają prawa ich pamiętać (chyba, że z opowieści). Ludzie z okolic, innych miast, jak i krajów. Wydarzenie to ma potencjał na bycie międzynarodową marką.

Nie brakowało też odważnych stylizacji. Z samej nazwy ta inicjatywa zachęciła ludzi, by wyszli ze swojej strefy komfortu. Odważne makeupy, festiwalowe looki, przebranie się za nietypowe postacie czy ubranie strojów rozmaitych. Co prawda bardziej kolorowo by było, gdyby nie ta nieszczęsna pogoda.

Deszczowe perturbacje

Największym przeciwnikiem imprezy była… pogoda. Kropiący przez większość dnia deszcz, który miał swoje lżejsze, jak i gorsze momenty, na pewno zniechęcił wiele osób do wyjścia na ulice. Co prawda dotyczyło to głównie mieszkańców Łodzi, jednak głosy z obawami o warunki atmosferyczne na fanpage wydarzenia padały już wcześniej. Pomimo tego frekwencja dopisała, a ludzie nie rezygnowali z zabawy. Przy większych opadach zakładano odpowiedni ubiór bądź chowano się pod dachy czy w lokalach gastronomicznych, których nie brakowało wokół. Sama przemokłam gorzej, niż podczas procesu ewakuacji na Open’erze. Zabawa wygrała, przez co zyskałam w pełni mokre buty i włosy oraz rozmazany makeup. Jednak było warto!

Po 22 platformy miały ruszyły w kierunku klubów, w których tej nocy odbywał się oficjalny after. Czy wszystkie to zrobiły? Mam pewne wątpliwości, których nie mogę rozwiać, gdyż nie byłam świadkiem przemarszu. Z powodu pogody na czas pochodu schroniłam się wewnątrz, by do Wytwórni przedostać się komunikacją. Ze zdjęć krążących po sieci wynika, że przynajmniej kilka z platform przemieszczało się w ustalone miejsce. Pogoda mogła tu popsuć plany, bo właśnie w okolicach 23 padało najmocniej.

After do rana

W klubach Willa i Wytwórnia swoje miejsce miał wspólny, oficjalny after. Co prawda wejście na nie było płatne (89 zł w trzeciej puli, która była dostępna dzień przed, 100 zł na bramkach), to wynagradzała to ilość scen i nazwy na nich grające. Pierwsza z miejscówek miała oferować trzy sceny techno, a w drugiej było bardziej różnorodnie. W dużych salach Wytwórni swoje miejsce miały klimaty drum and bass oraz popisy pod znakiem Wixapolu.

Osobiście byłam na ul. Łąkowej, gdzie frekwencja naprawdę dopisywała. Większość czasu spędziłam, słuchając połamańców. Selekcja Aphrodite przypadła mi do gustu, a wśród niej znalazło się miejsce na liquidowe kąski. Jednak wieczór stał pod znakiem seta Eda Rusha i Opticala, którzy przez 90 minut dali potężny wycisk. Na solowym akcie pierwszego z nich niedawno byłam w Warszawie i wiedziałam, że mogę spodziewać się jakościowego występu, czym się nie zawiodłam.

W drugiej sali swoje popisy dawał zespół Wixapolu, jednak nie obyło się bez gości – i to nie byle jakich. Sam Dr. Motte przejął tej nocy stery, jednak na tym nie kończymy. Wisienką na torcie był Lil Texas, który przez godzinę dobił uczestników swoją energią. Amerykanin zrobił porządny, muzyczny remont. Niestety ze względu na późną porę, to mogli poczuć jedynie wytrwali gracze, których zostało na parkiecie mało. Trzecią strefę, której nie było na rozpisce przejęły dźwięki techno. Możliwe, że ze względu na pogodę tutaj przeniesiono jedną ze scen z częściowo znajdującej się na dworze Willi.

Podsumowanie

Pomimo pogody, impreza wypadła naprawdę dobrze. Polsce brakowało wydarzeń tego typu. Darmowa, ogólnodostępna Parada, która skupia mnóstwo osób z wielu zakątków kraju, jak i Europy to świetna rzecz dla miasta, jak i samej sceny muzyki elektronicznej. Promocja takich brzmień, zlot ich fanów, jak i pokaz pozytywności tego środowiska daje nadzieję na lepszy wizerunek tej branży wśród starszych pokoleń. Zabawa dla naszego spiętego środowiska zawsze się przyda.

Co więcej, takie zgromadzenie jakościowych artystów w jednym miejscu pokazuje integrację środowiska oraz daje możliwość każdemu w uczestniczeniu w dobrej zabawie. Nie możemy doczekać się rozwoju Parady Wolności. Za rok – dokładnie 29 lipca 2023 – postaramy się ponownie wpaść!


foto: materiały organizatora

kontakt