kontakt

“W końcu weekend!” – wstaję z taką piękną myślą po pięciu dniach pracy w systemie 9-17. Mimo, że mam blisko do biura, to duże miasto charakteryzuje się tym, że w porannych godzinach dojechać gdziekolwiek to cud. Dlatego też wcześnie wstaję i jestem tym zawsze wkurzona. W sumie już się do tego przyzwyczaiłam. Ba, po miesiącach w czterech ścianach podczas pandemii, zmiana na kolejne cztery ściany była dla mnie psychicznym zbawieniem. Po 8 godzinach zabawy przed komputerem i udawaniem, że robię coś poważnego dla świata, wybiła ubłagana 17 na zegarze. Jak to zawsze wygląda: powrót do tych “swoich” czterech ścian, dobry obiadek i – jak to u pracoholika – kolejna praca. Zlecenia w końcu czekają. Kąpiel, pielęgnacja, sen. Życie nasze toczy się. Dzień jak co dzień, dzień po dniu. Wciąż się dzieje życia cud.

Weekend korposzczura

Chwila chwila, ale nadeszła sobota! Patrzę w kalendarz na jednej ze społecznościówek, a tam ukazuje się pewne wydarzenie. Booking jednego z lubianych przeze mnie artystów. Dawno byłam na jego secie, więc z miłą chęcią skoczę posłuchać jego selekcji, by oderwać się od “zwykłego” życia. Piszę do znajomych, czy ktoś chętny. Kilka osób z paczki deklaruje się, że może skoczyć. Uff, ulga. Z tyłu głowy pamiętam, jak przegapiłam kilka fajnych występów, bo myślałam, że samemu strach chodzić do takich miejsc. W sumie po latach utwierdzam się w tym przekonaniu. Zwłaszcza, jako kobieta.

Do godzin wieczornych dzień mija szybko. Kobieta włącza tryb zmywary i sprząta mieszkanie, by trochę przyjemniej się żyło. Brr brr zrobione, można siąść do zleceń. Co mogłam, to zrobiłam, choć po takim maratonie pracy kreatywna część mózgu trochę odmawia współpracy. W głowie obliczam, że już czas nakładać szpachlę, znaleźć ubranie, ogarnąć włosy. Tak dla siebie, by z codziennej 3/10 wskoczyć raz w tygodniu na to 4/10. Zwłaszcza, że kobieta kończy się na 60 kg. A ja uwielbiam dobre jedzenie, a jedzenie mnie. Ćwiczyć też kocham, ale nie umiem się zmusić do wyjścia ze swojej piwnicy na siłownię. Do szczytowej formy Carnage’a jednak mi (jeszcze) daleko. No i tak jakoś jeszcze żyję, jakimś dziwnym trafem mnie nie zdelegalizowali.

Wieczór się zaczyna

Powoli odmieniona dogadujemy ze znajomymi szczegóły wieczoru. Pogadanka przy piwku przed rozpoczęciem zabawy zawsze jest w cenie. Super, godzina do odjazdu autobusu, na spokojnie zdążę. Zrobiona na 95%, bo zawsze coś nie wyjdzie, pakuję ze sobą najważniejsze rzeczy.

Docieram na miejsce, rozluźniam się przy rozmowie. Procenty też w tym mi pomagają, choć bardziej wpływa na to atmosfera. Nie myślę o pracy, a to sukces. Jednak wybił czas, by udać się do klubu. Tak oto spacerkiem lecimy na jedną z najbardziej ruchliwych ulic tej nocy.

Pomimo dość wczesnych godzin jak na nocne życie, na właściwej ulicy widać już pierwszych poległych, kłócące się pary czy osoby nieadekwatnie ubrane do pory roku stojące w kolejkach do imprezowni. Na ulicy powszechnie uznawane za fajne auta, choć po popisówkach ich kierowców na tej małej powierzchni, nagle tak jakoś mnie odrzucają. Docieramy do właściwego miejsca i sami stoimy za kilkoma osobami. Koledzy przechodzą, kupują bilet, wchodzę ja z wyciągniętym banknotem. “Panie wchodzą za darmo”. O kurde, zaoszczędzę kasę… ale w sumie, dlaczego tak jest? Takie pytanie zadaje już setny raz w swojej głowie.

Niby żyjemy w czasach, gdzie na prawo i lewo krzyczy się o równym traktowaniu. Tak i powinno być w kwestii płacenia za wejściówkę. Jednak znam intencje pracowników takich przybytków. Ja zaoszczędzę tę kwotę, a klub potencjalnie weźmie mnie za dobry towar, który zachęci męską część publiki do wejścia. Co prawda to prymitywne zagranie, ale jeśli tyle miejsc je stosuje… to chyba działa. Niestety. Jednak jako ta, która z wielu względów nie zachęca płci przeciwnej do przyjścia, ba, nawet się o to nie stara, chciałaby płacić normalnie. Serio. Nie wiem, czy te kilka złotych trafiłoby do kieszeni właściciela, czy artysty, ale jak już, to bym była wdzięczna za to drugie. Siedząc trochę w tej branży uważam, że często są oni niedoceniani.

W paszczy smoka

Jednak wracamy do klubu. Jestem już w środku. Wewnętrznie czekam na wejście gwiazdy wieczoru, choć support gra równie przyjemnie. Mam świadomość, że jestem w takiej miejscówce, że mało kto wie, kto stoi lub wejdzie za konsoletę. Kiedyś uważałam to za bardzo smutne, teraz się z tym pogodziłam. Ludzie mają różne potrzeby, zainteresowania, a historia naszej kultury w tym nie pomaga. Nie, nie mam na myśli tu brudnych rzeczy. Inni też chcą się oderwać od codzienności, jednak wybierając na to przeznaczone miejsce patrzą na inne aspekty. Jednemu podpasują drinki, inni zachęceni będą motywem imprezy, a kolejna paczka przyjdzie tu, bo widziała to miejsce na story u ulubionego influencera. Taki już mamy świat.

Lubię wczuwać się w muzykę. Jest to na tyle integralna część mnie, że mimowolnie daje z siebie dużo na występach. Przy spokojniejszych setach potrafię odpłynąć. Zamykam oczy, ruszam się i nagle kilka godzin imprezy mija jak kilka minut. Nie zwracam uwagi na otoczenie, odprężam się, inspiruje, ładuje baterie. Jako fanka również i większej ilości BPMów, na tego typu wydarzeniach skaczę, headbanguję, psuje kostki w moich stopach, takie tam. W tym przypadku staram się jedynie nie walnąć czy kopnąć kogoś, przystosowując moc zabawy do ścisku tłumu. Prócz tego ludzie dla mnie nie istnieją. Tylko dźwięki, bass i efekty wizualne eventu. No i moje rzeczy, których wbrew pozorom, które mogliście odczytać z poprzednich moich słów, bardzo pilnuje. To wszystko na trzeźwo i czysto. Serio.

Wybicie z trensu

Jeśli ktoś mnie przypadkowo dotknie, przechodzi obok mnie, to chwila i znów wracam do ulubionego stanu. Jednak są sytuacje, dość przykre, gdy z tego… hehe trensu, przepraszam transu wybili mnie nieznani mi ludzie. Mam nawet historię z tym związaną. Był czas, gdy chciało mi się jeździć na różne krańce Polski, by usłyszeć ulubionego wykonawcę. Tak oto i było kilka lat temu, gdzie udałam się do jednego z najbardziej rozpoznawalnych klubów w Polsce. Spotkałam tam wielu znajomych, a z jedną z tych osób objęłam miejsca prawie przy samej konsolecie. W tym momencie uważałam, że ludzie w pierwszych rzędach będą najbardziej się bawić, bo chyba po to tu przyszli. Podczas głównego seta wieczoru przekonałam się, że no chyba mi się coś w głowie poprzestawiało. Za mną stała osoba, której do tego nie było śpieszno, a upominała mnie, natrętnie dotykając mojego tyłka. Wręcz oburzona, przestraszona i z lekką paniką po próbie upomnienia i ponowieniu jego akcji wyszłam z tego skupiska ludzi.

Cała miejscówka była bardzo zatłoczona, więc trudno było mi znaleźć wolne miejsce, ale coś się udało. Przy jednej z kolumn, sama, bo nie chciałam niepokoić znajomych. Artysta przeszedł do kolejnej części seta, w której mogłam odpłynąć muzycznie. Tańczę, zapominam o błogim świecie i po kilku minutach bardzo wstawiony gość klubu zaczął mieć do mnie interes. Nie chcąc żadnych interakcji z nieznajomymi odmawiałam, delikatnie odchodziłam, dawałam znaki, że nie chcę rozmawiać. Dopiero szybki krok i zgubienie tej osoby pozwoliło mi na spokój. Pozorny spokój.

Do końca jednego z lepszych muzycznie setów, jakie w tamtym roku usłyszałam, nie czułam się dobrze. Po całym klubie szukałam swojego bezpiecznego miejsca. Nie chciałam wracać do tłumu, tam, gdzie byli moi znajomi. Pisanie do kogokolwiek z nich było bezcelowe, mało kto sprawdza telefon podczas zabawy. Nie wiem jak to nazwać, ale nie wiedziałam nawet do końca, co się wokół mnie dzieje, czułam tylko strach. Wyjść z tego miejsca też nie chciałam. Do mojego pociągu powrotnego było jeszcze kilka godzin, a wizja czekania na dworcu samemu lub krążenia po mieście, którego nie znam, też nie była na rękę.

Sama chciałaś

Pewne kręgi powiedzą, że sama się prosiłam. Bo jestem kobietą. Bo pewnie ubrałam się jak szczur na otwarcie kanału. Tymczasem ja, w czarnym t-shircie i spodniach, z podstawowym makeupem i prostymi włosami mówię wam “dzień dobry”. Do końca seta trochę ochłonęłam, ale miałam już w głowie chęć odwołania najbliższych planów, które były związane z zabawą w klubach. Czułam niechęć do siebie. Szukałam tego, co zrobiłam źle jeszcze kilka tygodni po tym wydarzeniu. Bałam się o nim mówić.

Pomimo tego, że kocham muzykę i kulturę związaną z elektroniką, nie lubię typowych klubów. Nie lubię skupiska przypadkowych ludzi, tego jak w Polsce postrzegane jest wychodzenie do takich przybytków przez ludzi starszych, czy nie siedzących w temacie. Niestety dobre bookingi możemy uświadczyć także w takich miejscach i jest to zupełnie naturalne. Jednak świat się trochę zmienia i od 2019 roku na mapie Polski zaczęły się pojawiać miejsca typowo koncertowe, gdzie elektroniki jest pełno. Takie przybytki gromadzą głównie osoby, które przyszły posłuchać muzyki, a nie na łowy i trenowanie umiejętności podrywu. W takich miejscach jako (nawet nie wpisująca się w świat instagramowego piękna) kobieta czuje się na prawdę bezpiecznie. Ba, potrafię do nich chodzić sama, co jest ogromnym osiągnięciem. Dziękuje serdecznie za ich istnienie.

kontakt