Na scenie obecny od 10 lat. Częsty bywalec warszawskiego klubu Smolna. W tym roku mogliście go usłyszeć na Sunrise Festival, gdzie zabrał Was w muzyczną podróż po meandrach muzyki house i techno. Pysh daje o sobie znać coraz głośniej. Oprócz występów sporo pracuje w studiu, czego efekty poznacie niebawem. Niedawno wyjechał z Polski i na stałe zamieszkał w Berlinie. Dlaczego wyprowadził się z kraju? Jakie plany wiąże z tak radykalną zmianą? O tym opowiedział nam w ekskluzywnym wywiadzie.

Adrian Nijak (ShiningBeats.pl): Cześć! Od kilku miesięcy mieszkasz w stolicy Niemiec. Co skłoniło Cię do wyjazdu z Polski?

Filip Abramczyk (Pysh): Pomysł, by przeprowadzić się do Berlina narodził się kilka lat temu. Gdy zacząłem regularnie wydawać muzykę w zagranicznych wytwórniach, a tym samym pojawiło się więcej występów w klubach – apetyt rósł w miarę jedzenia. Mam tu na myśli chęć rozwoju, produkowanie lepszego brzmienia, poszerzanie horyzontów.

A.N.: Chcesz mi powiedzieć, że w Belinie jest łatwiej rozwinąć skrzydła niż w Polsce? 

Pysh: Berlin jest swojego rodzaju łącznikiem z wytwórniami, innymi artystami, agentami, czy promotorami. O wiele więcej osób zajmuje się muzyką, deejaying’iem, więc i inne jest podejście do biznesu. Można tu rozwinąć skrzydła, ponieważ rynek jest dużo większy. Z jednej strony mamy większą konkurencyjność, a z drugiej dużą szansę na znalezienie adresata naszej muzyki lub usług.

Różnice znalazłbym raczej w możliwościach, których tu zdecydowanie jest więcej z racji większej popularności muzyki elektronicznej, liczby klubów i festiwali. Warto podkreślić ilu artystów tu mieszka, ile wytwórni ma swoje siedziby. Nawet gdy moja praca wygląda identycznie, wysyłka materiału również, ponieważ wszystko odbywa się przez internet, to jednak możliwość umówienia spotkania kolejnego dnia, wstąpienie na chwilę do klubu, czy przysłowiowy „obiad na mieście” ułatwia budowanie relacji.

A.N.: Zmiana kraju to zazwyczaj spory stres związany z innym językiem i kulturą. Nie bałeś się?

Pysh: Berlińczycy żyją w wolniejszym tempie, To miasto artystów, więc ludzie są otwarci i nawet bez znajomości języka niemieckiego nie ma problemu z kontaktem. Zawód dj’a, producenta, artysty jest traktowany tu jak regularny zawód, a nie jedynie hobby, czy zabawa, więc w to mi graj!

A.N.: Jakie plany wiążesz z Berlinem? W końcu to kolebka techno, więc powinieneś czuć się jak w domu.

Pysh: Na ten moment udało mi się znaleźć, zaprojektować i zbudować studio jakie chciałem mieć od zawsze. Teraz skupiam się na pracy studyjnej. Komponowanie swoich utworów to priorytet, lecz nie zapominajm o muzyce filmowej i sound design’ie. Ruszam też z warsztatami z zakresu produkcji muzyki elektronicznej oraz ofertą miksu i masteringu. Mam nadzieję, że studio posłuży nie tylko mi, ale i innym.

A.N.: Nowe studio naprawdę robi wrażenie. Niejeden artysta marzy o takim azylu. Co się tam znalazło i jak długo trwały prace?

Pysh: Znalezienie samego miejsca, a raczej swojego miejsca na liście oczekujących było trudnym zadaniem, ale po pięciu miesiącach oczekiwania mam swój pokój, który przekształciłem w pracownię. Miejscówka jest świetna. Znajduje się w bloku przeznaczonym na studia producenckie lub sale prób. Podzielony jest na dwie połowy, żeby to ze sobą nie kolidowało.

Prace zajęły mi około dziesięciu dni. Mimo ciężkiej pracy miałem też dużo radości, bo wiedziałem, że tworzę coś od podstaw. Zacząłem od różnych wariantów ustawienia monitorów i biurka. Później przyszedł czas na budowę absorberów, pomiary i poprawienie akustyki. Na koniec zostały meble i dodatki. Tak naprawdę z racji położenia budynku poza strefą parkowania najtrudniejsza była logistyka, a marketów budowlanych i sławnego szwedzkiego sklepu z wyposażeniem wnętrz mam dość na kolejne pół roku – z wyjątkiem klopsów w ich restauracji 🙂

Cały sprzęt muzyczno-studyjny przyjechał ze mną z Warszawy. Moje ulubione dwa syntezatory: Moog Sub37 oraz DSI Prophet6 bez których nie zacznę żadnego projektu. Do odsłuchu używam modelu Aeon produkcji polskiej firmy APS podpiętych do interfejsu Rme. Pracuję tak od ponad trzech lat i jestem bardzo zadowolony. Komponuję przy użyciu programu Ableton Live, system Mac OS.

A.N.: Budowa takiego studia „od zera” to ogromna inwestycja. Czy to w ogóle się opłaca?

Pysh: Moim celem było zbudowanie studia, w którym mogę tworzyć. Jednocześnie chciałem realizować usługi związane z obróbką dźwięku oraz zrzeszać ludzi chętnych do pogłębiania wiedzy. Inwestuję w swoje „zabawki” już ładnych kilka lat, ale to raczej jak wejście do sklepu z cukierkami, niż coś w rodzaju obowiązku. Zakupiony sprzęt pracuje na ciebie i przy odpowiednich wyborach zawsze się zwróci – oczywiście popełniłem dziesiątki złych, żeby się tego nauczyć.

Ciężko tu kalkulować, bo jednak to nie tylko biznes, ale droga artystyczna, pasja i zadowolenie z życia, a to chyba w tym wszystkim jest najważniejsze. Generalizując – z punktu biznesowego widzenia masz pełną racje. Inwestycja w każde studio jest spora, hardware jest drogi, a przy obecnej technologii cyfrowej dostęp do narzędzi jest tak łatwy, że konkurencja nie będzie się zmniejszać, a więc i ceny usług będą szły w dół.

A.N.: Umiejętności wszystko zweryfikują. Ważne są też znajomości, by w tak ogromnym świecie muzycznym ktoś pochylił się nad Twoją twórczością. Masz już kontakty w Berlinie?

Pysh: Cały czas spotykam nowych ludzi, z którymi planuję dalsze spotkania. Jestem nowy w mieście, więc to pomaga poczuć się jego częścią, a i każda rozmowa prowadzona o wspólnym temacie, jakim jest muzyka elektroniczna – jest czystą przyjemnością. Ta branża oparta jest na kontaktach i to do każdego z osobna należy pytanie czy chce się być otwartym człowiekiem na innych.

A.N.: Ten rok był dla Ciebie bardzo udany. Świetne wydania, występy w renomowanych klubach i podczas Sunrise Festival. Co planujesz na 2020 rok?

Pysh: Jeżeli chodzi o wydawnictwa, to mam już praktycznie zaplanowaną pierwszą połowę 2020 roku i pomysłów na dalsze miesiące. Na liście wytwórni znalazły się między innymi holenderskie Atmosphere, amerykańskie Tale & Tone, rosyjskie Highway Records i niemieckie Zehn recordings.

Obecnie finalizuję dużo rozpoczętych projektów solo, jak i kooperacji z innymi producentami i muzykami: Sinczem, Bondar’em, duetem Lads, poetą Lazarusman’em i instrumentalistą Rageed’em William’em. Jest tego dużo, dużo więcej, ale o tym będę mógł mówić więcej jak zobaczę podpisane kontrakty. Kolejny punkt z listy „do zrobienia” to oczywiście szukanie i kreowanie szans w nowych klubach i jak najczęstsze występy.

A.N.: Mijający rok to także powrót muzyki techno na światowe salony. Gatunek można usłyszeć nawet na głównej scenie Tomorrowland. To powód do radości czy jednak komercjalizacja i znudzenie innymi gatunkami?

Pysh: Rzeczywiście muzyka techno jest znów na topie. Mimo, iż bliżej mi do świata melodii, perkusjonaliów i wokali, to cieszę się, że techno – jako gatunek – trafia do szerszej publiczności. Im więcej ludzi przekona się do muzyki elektronicznej, tym lepiej dla całej społeczności.

O to tu właśnie chodzi, żeby muzyka łączyła ludzi, a nie szufladkowała. Do tego mamy najlepszą publikę na świecie i jeżeli jeszcze podkręcimy sytuację biznesową stając się bardziej profesjonalni, zadbamy o media i odpowiednią promocję, to już w ogóle będzie super!

Z Filipem Abramczykiem rozmawiał Adrian Nijak