kontakt

Tegoroczna Rap Stacja to już 6 edycja tego festiwalu. Swoje pierwsze kroki stawiała w 2016 roku w Wolsztynie. W 2020 roku po odwołaniu imprezy organizatorzy podjęli decyzję o zmianie miejsca imprezy na ośrodek SCKiW w Sławie. Jak wyglądała tegoroczna edycja? Wszystkiego dowiecie się z tej relacji.  

Teren imprezy

Jestem pozytywnie zaskoczony, że decyzja ulokowania festiwalu w Sławie zdała sprawdzian na co najmniej ocenę bardzo dobrą. W zeszłym roku ominęła mnie 5 edycja, więc tegoroczna była dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Ze względu, że mieszkam od urodzenia w okolicach miejsca organizowanej imprezy, nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak organizatorzy mają zamiar pomieścić wszystkich uczestników na tak wąskim terenie. O dziwo miejsca na plaży przy main stage —  jak się mogło z początku wydawać —  dla nikogo nie zabrakło. Na pewno do wad trzeba zaliczyć uciążliwy piasek, po którym poruszanie się do najłatwiejszych nie należało. Aby dostać się na teren festiwalu były dwie opcje: przez ładnie oświetlony park lub poprzez środek miasta i prostą drogę prowadzącą do głównego wejścia. Ta pierwsza opcja udała się tylko w pierwszy dzień imprezy. Wszystko to przez umiejscowienia sceny old school blisko parku, która miała dopiero rozbrzmiewać dzień później. W czwartek każda osoba mogła czmychnąć obok old schoola, aby dostać się do głównego wejścia w celu wymienienia swojego biletu na opaskę. W inne dni, gdy ktoś wybrał pierwszą opcję, musiał kombinować, by dostać się poprzez domki wypoczynkowe na główną drogę.

Problemy logistyczne

Fatalną decyzją było zorganizowania tylko jednego namiotu z czteroma stanowiskami, które zajmowały się wymienianiem biletów na opaski. Przez cały pierwszy dzień kolejka ludzi chcących dostać się na teren imprezy wynosiła co najmniej 300 metrów. Przez to nie udało mi się dotrzeć na pierwsze dwa koncerty, nad czym ubolewam. Ponadto namiot był niewielkich rozmiarów i panował totalny harmider na czele z ludźmi wpychającymi się w kolejkę. Doszły mnie słuchy od ludzi stojących i cierpliwie czekających na wejście, że podobna sytuacja była również rok temu. Miejmy nadzieję, że organizatorzy wyciągną z tego wnioski w przyszłym roku.

Jeśli chodzi o transport na miejsce imprezy, to najlepszą opcją było dostanie się pociągiem do Leszna, a z niego busami prosto do Sławy. Drugą opcją było skorzystanie z bezpośrednich autobusów organizowanych przez sam festiwal.

Strefa gastronomiczna

Strefa gastronomiczna nie wyróżniała się na tle innych festiwali. Były to w większości po prostu foodtrucki z fastfoodami. Na pewno trzeba przyznać, że wybór dotyczący placówek, w której chcemy zjeść był ogromny. Ceny wahały się od 10zł do 40zł. Za butelkę wody musieliśmy zapłacić przynajmniej 5zł, a za wszelkie inne kolorowe napoje minimum 7zł. Jedną z opcji płacenia w partnerskich stanowiskach były żetony. Wychodziło, że jeden żeton średnio kosztował 5zł.

Atrakcje i nie tylko

Oprócz koncertów uczestnicy mieli do wyboru jeszcze parę form spędzenia czasu. Jedną z nich była bitwa freestylowa, która składała się z dwóch etapów: eliminacji oraz finału. Oba etapy odbywały się kolejno w piątek i sobotę. Każdy chętny mógł się zapisać i mieć szanse wygrania nagrody głównej – 1000zł. Szczerzę mówiąc, był to mój pierwszy raz z oglądaniem freestylu na żywo i się nie zawiodłem. Miałem przyjemność oglądać tylko finał konkursu, aczkolwiek bardzo dobrze się bawiłem. W specjalnej strefie gamingowej miał miejsce jeszcze turniej w grze w Valoranta, ponieważ Riot Games był partnerem festiwalu. Dodatkowo odbywały się pokazy graffiti oraz turniej w koszykówkę. Uważam, że wprowadzenie różnorakich aktywności odbywających się podczas festiwalu to bardzo dobry pomysł. Są to momenty, w którym uczestnik może odetchnąć na chwilę od koncertów i odpocząć w inny sposób. Oprócz tego uczestnicy mogli zajrzeć do stoisk wytwórni jak: Gugu, czy Quequality lub kupić festiwalowy merch.

Niecodzienny crossover (1 dzień)

Z pewnością możemy powiedzieć, że czwartek pod względem nazwisk w lineup’ie był najmniej ciekawy. Nawet wtedy scena old school nie została jeszcze uruchomiona. Nikogo taki zabieg nie powinien dziwić. Zazwyczaj pierwsze dni na festiwalach są ubogie. Tak jak wcześniej wspomniałem – przez długą kolejkę nie udało się mi się dotrzeć na pierwsze dwa koncerty. No prawie, bo zdążyłem usłyszeć dwie ostatnie piosenki Chivasa. Dla mnie ten dzień zaczął się od performercu Avi x Louis Villain. Nie jestem fanem twórczości chłopaków, aczkolwiek jestem w stanie stwierdzić, że dali niezłe show i zagrzali idealnie publiczność na wchodzącego zaraz po nich Kabe. Mogliśmy usłyszeć takie kawałki jak ostatnio wydany „Dres” , czy jeden z jego największych hitów – „Nad ranem” . Zaskoczyłem się, gdy zagrał remaster piosenki „Pump it Up” , ponieważ nie wiedziałem, że takowy w jego wykonaniu istnieje.

Następny w kolejce był Sarius. Postanowił nawet zagrać jeden kawałek, który oficjalnie wyjdzie dopiero za około 2 tygodnie. Fragment posłuchacie poniżej.

Prawdziwy before

Z tego dnia, najbardziej czekałem na koncert ReTo. Nie powiem „Papierosy”, „UA”, „BMW”, tak jak się spodziewałem, na żywo siadają jeszcze lepiej. Jedynie czego zabrakło to „Sorry Dolores”, które miałem nadzieję usłyszeć. Ze względu na obowiązki dnia następnego, koncert ReTo był moim ostatnim. Czwartek przebiegł na spokojnie, traktowałem go jak taki before przed następnymi dniami, nie tylko przez okrojony line-up, ale też przez oszczędzanie na efektach na scenie, zwłaszcza tych pirotechnicznych.  

Jeden z najlepszych koncertów (2 dzień)

Na drugi dzień nauczony błędami poprzedniego, przyjechałem znacznie wcześniej, aby odebrać opaskę dla znajomego. Niepotrzebnie, bo kolejki praktycznie wcale nie było. Zatem od razu ruszyłem pod scenę czekać na Multiego. Jak się później okazało koncert Michała jest moim jednym z najlepiej wspominanych performerców z tego festiwalu. Między innymi przez sporą sympatyczność i duży kontakt z publicznością. To on grając już o godzinie 18:00, przywlókł pod scenę spory tłum ludzi. Domyślam się, że jest to spowodowane przez jego ostatni wzrost popularności na Twitchu. Z jednym z fanów zagrał nawet „Gucci Mane’a”, co zdaje się, że wśród koncertów w tych czasach to nic niezwykłego. Łatwiej byłoby policzyć, który raper nie zdecydował się, zabrać fana na scenę podczas koncertów na Rap Stacji niż odwrotnie. Niemniej jednak myślę, że ten nowo powstały zwyczaj przybliża tylko artystę do widowni i raczej jest więcej plusów niż minusów takiego zachowania.

Mała zmiana planów

Kukona i Malika Montane zdecydowałem się posłuchać z oddali, odpoczywając przy jednym z foodtrucków, a później zwiedzając teren. Co prawda, przy samej scenie mnie nie było, ale zdążyłem zauważyć, że to od nich zaczęło się rzucanie stanikami w stronę sceny. Pomiędzy dowiedziałem się, że nastąpiła mała zmiana w lineup’ie. White 2115, który występował o 21:00, zamienił się miejscami wraz z Guziorem (pierwotnie miał zagrać o 22:00). Od razu wiedziałem, że to nie przypadkowa zmiana. Natomiast chęć zrobienia czegoś większego wraz z Bedoesem, który miał zacząć o 23:00. Oglądając niektóre występy Guziora, gdy śpiewał bez pasji lub zapominał tekstu, nie miałem wygórowanych oczekiwań. Tym razem jednak się postarał i wszystko wyglądało, jak miało wyglądać. Klasycznie poleciały największe hity jak „Blueberry”, „Fala”, czy „Płuca Zlepione Topami”. Nie zabrakło również „Wyborów” Jana-Rapowanie, którego wg mnie zabrakło w tegorocznym zestawieniu artystów.

Cream Della Cream

Nic nie trwa wiecznie i w końcu zaczął się przeze mnie najbardziej wyczekiwany koncert. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy jakakolwiek inna piosenka niż „California” była głośniej zaśpiewana przez tłum ludzi. Szkoda, że Sebastian nie gra już kawałków z pierwszego „Rockstara”, do którego mam największy sentyment. Natomiast jestem wstanie to zrozumieć, ze to ze względu premiery tej płyty, która miała miejsce już prawie 4 lata temu. Patrząc na zegarek i zbliżającej się godziny jedenastej, wiedziałem, że to, co dobre szybko się kończy. Nic bardziej mylnego.

Absolutnie bez przerwy i w zaskoczeniu wszystkich, z miotaczami ognia, wszedł Bedoes wraz z Kuqim przy akompaniamencie ostatnio wydanego „Więcej dymu”. Nie będę kłamał, że na to liczyłem, patrząc po ostatnich ruchach całego gangu 2115. Co ciekawe, wszyscy trzej panowie zagrali wspólny koncert, co najmniej przez pół godziny. Nie obyło się również zagranie „Bedoesiary” wraz z minimum dwudziestoma fankami na scenie. Ostatnie pół godziny Bedoes zagrał już bez White’a. Miłym gestem do było zaproszenie na scenę Multiego na „Delfina” oraz Kosy na „Wschód”.

Spokojne zakończenie

Szczerze mówiąc, Szpaku o północy po koncercie Bedoesa to jak nagły awaryjny hamulec w pędzącym 300 km/h Ferrari. Z tego względu postanowiłem na odpoczynek, słuchając lidera Gugu niedaleko na jednym z leżaków. Tak jak się spodziewałem, kończący Kizo był idealnym dopełnieniem tegoż dnia. Takie utwory jak „Disneyi ostatnio wydany „Lot” to idealnie tracki do potańczenia w spokoju w dalszych rzędach przy scenie. Jedynie przez „Pogo”, trochę żałowałem, że nie byłem kapkę bliżej. Co ciekawe, Young Leosia, która swój koncert zaplanowany miała na dzień później, dołączyła niespodziewanie do środka publiczności. Na początku nagrania możemy usłyszeć, jak Patryk prosi widownie, aby na nią uważała.

Pierwsze rozczarowanie (3 Dzień)

Na ostatni dzień postanowiłem przyjechać na Fukaja. Gdy dotarłem na miejsce, okazało się, że ostatni koncert się przedłużył. Akurat na main stage był Warga. Słuchanie jego muzyki nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy. Natomiast chciałbym pochwalić decyzję zabrania na koncert gitarzysty. Szczerze, gdyby nie Rap Stacja nie wiedziałbym, że zdupy jest też raperem. Niestety, ale koncert ostatniego objawienia hotelu też mnie zawiódł i postanowiłem udać się na old schoola oglądać bitwę freestylową. Ewidentnie było widać, że przez złamane żebra na Openerze i niedawną anginę, Olek nie jest w zbyt dobrej formie. Następny w kolejce był Gibbs, do którego podczas grania na żywo dołączył Opał. Chłopaki pokazali się z dobrej strony, chociaż ich twórczość do mnie nie trafia.

Młody jeż

Następny był Oki. W zeszłym roku podczas Fest Festivalu byłem na koncercie OIO, więc spodziewałem się, że na tegorocznej Rap Stacji będzie podobnie. Swoją drogą, jeżeli chcecie przeczytać naszą redakcyjną relacje z Festa to znajdziecie ją pod tym linkiem.

Na koncercie młodego jeżyka była totalna rozwałka. Będąc 20 metrów na wprost sceny, po całym widowisku byłem po prawej stronie przy barierkach. Ścisk był niesamowity, ale trzeba przyznać, że zawsze koncerty Okiego do tych spokojnych się nie zaliczały. Oprócz tego całkiem sporo ludzi miało “jeża” na głowie lub tego narysowanego na kartonie. To tylko uświadamia jaki krok w przód zrobił Oki po wielkim sukcesie OIO i ostatnio wydanym albumie.

Young Leosia i Kinny Zimmer

Przychodząc na koncert królowej Internaziomale, nie spodziewałem się zespołu tanecznego wraz z nią na scenie. Przyznaje, nie widziałem dotychczas żadnego koncertu Young Leosi, nawet na youtubowym filmiku, aczkolwiek niewiele rapowych artystów decyduje się na takich ruch.

Niezrozumiałym dla mnie faktem jest umieszczanie Kinniego Zimmera o 22:00. Brałem pod uwagę, że przez małe doświadczenie artysta może nie dać rady. Pierwsze co rzuciło się w oczy, a raczej w uszy jest totalnie inne brzmienie na żywo podczas koncertu niż w trackach. Nie przeszkadzało to w odbiorze, aczkolwiek było zauważalne. Dodatkowo rozczarowałem się, że zamiast koncertu dostałem jedynie Kinniego tańczącego na scenie i podbijającego swoje numery z playbacku. Nie jestem fanem prowadzenia koncertu w takim stylu.

Nagranie: Piotr Nowak

Niespodziewane opóźnienie

Chwile później po swoim młodszym koledze wszedł Białas. Miałem okazje i to dwa razy, bo w środku i na koniec posłuchać „Zosi”. Dodatkowo zabrzmiały takie hity jak: „Intercontinental Bajers”, „Grill u Gawrona”, czy „Piękna”. Kolejni w kolejce byli długo wyczekiwani Gombao33 oraz Żabson. Ten drugi zagrał chyba najdłuższy koncert na całej Rap Stacji, bo trwał 1,5 godziny. Tylko i ze względu, jak się później okazało, wielkich opóźnień. Żabson zagrał typowy dla siebie koncert, kończąc stage diving’iem. Około godziny 1:30 już po koncercie Żaby, wszyscy czekali cierpliwie na Mate ze składem. I tak sobie wszyscy poczekali jeszcze przez godzinę przy Dj Soimie i Kinnim na scenie tańczącym i ratującym te minuty zwłoki. Aż w końcu przypłynął łódką na scenę wraz z ekipą z jeziora obok. Nie było to dostatecznie dobrze pokazane na telebimach i nikt nie wiedział, co aktualnie się dzieje. W dodatku od pokazania pierwszy raz na telebimie płynącego Maty do wejścia na scenę minęło z 15 minut, co spotęgowało zirytowanie ludzi. Nieoficjalna wersja brzmi, że zapomnieli laptopa i musieli cofać się szybko do hotelu do Leszna oddalonego o 50 km. Albo jak kto woli oficjalna, bo poniekąd sami się przyznali na swoim Instagramie, dodając zdjęcia z podpisem „chłopaki zapomniałem laptopa”.

Co do koncertu Maty to miłym akcentem były fajerwerki puszczone na koniec samego koncertu i to chyba tyle. Przez zmęczenie tym całym czekaniem, widowisko Gombao33 z godzinnym opóźnieniem nie smakowało już tak dobrze.

Podsumowanie

Pomimo paru niedociągnięć, czy opóźnień, które nie są z winy organizatorów cały festiwal oceniłbym na zorganizowany bardzo dobrze. Cieszę się, że takie przedsięwzięcia mają miejsce w moim regionie i mam nadzieję, że bez przeszkód uda mi się powrócić za rok na Rap Stację. Jestem zadowolony, że na większość artystów, na których chciałem się wybrać od dawna, udało mi się za jednym razem w tym roku. Trzymam kciuki za udoskonalenie w przyszłym latach promocji i marketingu wydarzenia, aby cała impreza zyskała jeszcze większy rozgłos, bo jest na to potencjał. Poleciłbym cały festiwal każdej osobie słuchającej rapu w stu procentach. Liczmy, że za rok line-up będzie jeszcze lepszy!

kontakt