Bracia bliźniacy Jeroen i Martijn Boeren stworzyli w ostatnich latach jeden z najgorętszych aliasów na hardstyle’owej scenie. Duet Sound Rush ostatnio dość sporo namieszał – gdyż to oni sprokurowali “dramę” pomiędzy Da Tweekaz a Headhunterz’em, która ostatecznie została szybko wyjaśniona. Jednak nie o dramy w tym wszystkim chodzi, a o samą muzykę – dlatego też postanowiliśmy wziąć pod lupę ich debiutancki album, zatytułowant “Brothers”.

Opóźniona premiera

Początkowo pierwszy album braci miał być wydany już 18 lipca, lecz przez pandemię koronawirusa premiera została przesunięta o niespełna 4 miesiące. W ramach tej zmiany Jeroen i Martijn co miesiąc udostępniali jeden utwór z płyty. Ta rekompensata za przesunięcie spowodowała, że na krążku otrzymujemy tylko 4 zupełnie nowe produkcje, które nie zostały wydane wcześniej jako single.

Pozostałe 6 produkcji, w tym ta tytułowa czy collab z Keltek’iem lub Da Tweekaz zostały wydane już wcześniej. Otrzymujemy zatem niewiele nowości, co dla mnie jest dużym minusem. Bracia chcieli jakoś się odwdzięczyć za zmianę daty, lecz przez ten zabieg otrzymujemy trochę odgrzewanego kotleta, który już nie smakuje tak samo jak ten świeżo smażony.

Dużo melodii

W skład gatunku hardstyle wchodzi wiele nurtów – najpopularniejsze to Raw oraz Euphoric. W swoim debiutanckim albumie bracia postawili zdecydowanie na ten drugi podgatunek. Szczerze powiedziawszy to brakuje mi właśnie trochę tej różnorodności, bo de facto wszystkie produkcje brzmią bardzo podobnie. Na plus oceniam dwie kooperacje D-Sturb’em oraz Atmozfears’em – te dwa tracki wyróżniają się na tle całego albumu. Gdyby bracia trochę więcej poeksperymentowali z dźwiękami, otrzymalibyśmy o wiele bardziej wartościowy materiał – a tak dostajemy trochę flaki z olejem. Można było też zaprosić do współpracy przy albumie artystów, u których w twórczości dominują bardziej surowe dźwięki, by nieco zróżnicować całość.

Dla początkujących

Jeśli komuś miałby przypaść do gustu album, to będą to raczej osoby, które niezbyt często słuchają hardów. Dużo melodii sprawia, że album jest “cukierkowy i słodki”. Brakuje w nim mi trochę surowego klimatu, czegoś innego co by odświeżyło ten krążek – otrzymaliśmy tak naprawdę 10 dość zbliżonych do siebie utworów. Osobiście zapamiętam tylko dwa utwory z całego albumu, który całościowo oceniam dość przeciętnie. Liczyłem na zdecydowanie więcej, więc jestem trochę rozczarowany tym co ostatecznie otrzymałem. Nie zrozumcie mnie źle – album ten jest pod względem brzmienia, jakości czy melodii naprawdę wart uwagi, toteż jak najbardziej zachęcam. Niemniej jednak – osobiście uważam, że studyjne krążki są najlepszym momentem na eksperymenty i próby wyjścia ze strefy komfortu (tak swojej, jak i fanów). Tutaj tego jednak zabrakło, stąd tak surowa ocena.


Ocena 5/10