Ten refren na lata został w głowach wielu fanów tanecznej elektroniki. „Love Comes Again” należy do najbardziej pamiętnych utworów w całej trance’owej dyskografii Tiësto. Numer, wydany w 2004 roku na jego drugim albumie „Just Be”, do dziś uchodzi za jeden ze sztandarowych vocal-trance’owych kawałków tamtego okresu. A teraz człowiek, który współtworzył ten kawałek odsłonił, jak powstało jego brzmienie. Jak się okazuje, była to lekcja produkcyjnej cierpliwości.
BT – znacznie więcej niż wokalista
Mowa o BT, czyli Brianie Transeau – amerykańskim producencie, kompozytorze i wokaliście. Już w latach 90. i wczesnych 2000. współkształtował brzmienie trance’u i progresywnego house’u kawałkami pokroju „Flaming June” czy „Mercury & Solace”. Później komponował też muzykę filmową (choćby do „Szybkich i wściekłych”) i tworzył autorskie oprogramowanie do produkcji muzycznej.
Przy „Love Comes Again” BT nie był więc tylko głosem. Napisał utwór wspólnie z Tiësto i jego teamem, współprodukował go i nagrał wszystkie partie wokalne samodzielnie. Jego rola wykraczała więc daleko poza to, co sugeruje skromne „feat.” w tytule. W rewanżu za tę współpracę Tiësto zremiksował zresztą w tym samym roku jego numer „Force of Gravity”.
Z jednego głosu – cały chór
Jak już wspomnieliśmy, największą robotę zrobił ikoniczny refren, o który zresztą BT – jak sam przyznaje – wciąż bywa pytany.
Ciągle pytają mnie, co właściwie dzieje się w refrenie „Love Comes Again”. Oto szczera odpowiedź… i jak większość dźwięków, które ludzie ścigają latami, jest ona prostsza i dziwniejsza, niż można by zgadnąć. Najlepsze triki zwykle takie są.
Aby uzyskać ten szeroki, niemal chóralny efekt, BT zbudował harmonię z około 16 głosów – a każdy z nich nagrał jeszcze wielokrotnie. Technikę tę podpatrzył u wieloletniego współpracownika, wokalisty Christiana Burnsa. To nie są więc głosy szesnastu różnych śpiewaków. To wciąż ten sam BT, nagrany raz za razem, w różnych rejestrach i nałożony warstwa na warstwę, aż pojedynczy głos zabrzmiał jak cały chór.
Vocoder, wtyczka i mrówcza praca
Do tego doszła niżej położona ścieżka vocodera, nadająca refrenowi charakterystyczny vibe. Co ciekawe, sam BT zdradził też, że spora część „magii” tego brzmienia sprowadza się do konkretnego narzędzia. Jest nim wtyczka firmy Zynaptiq, za której powstanie podziękował inżynierowi DSP Stephenowi Brenesse’owi i całemu zespołowi. Nie zmienia to jednak istoty rzeczy. U podstaw tego kultowego refrenu leży przede wszystkim ogrom ręcznej, żmudnej pracy – dziesiątki realnych nagrań wokalnych, ułożonych w jedną, potężną ścianę dźwięku.
Ponad dwadzieścia lat później „Love Comes Again” można więc usłyszeć nieco inaczej. Ten pozorny chór to w rdzeniu jeden człowiek, który nagrywał własny głos tak długo, aż zabrzmiał jak gromada ludzi.