W ten piątek ukazał się debiutancki album Tchamiego – persony, o której można śmiało stwierdzić, że osiągnęła w tej branży naprawdę wiele. Produkcja utworów dla Lady Gagi na ostatnim longplayu “Chromatica“, dziesiątki hitów takich jak “After Life” czy “Promesses” oraz występy na głównych scenach największych festiwali – to mówi samo za siebie. Francuz jest też jednym z prekursorów gatunku Future House, który przez ostatnie kilka lat stał się szalenie popularnym trendem. W tej niemalże perfekcyjnej układance brakowało jednak jednego elementu – własnej długogrającej płyty. W ten sposób dochodzimy do wydania “Year Zero” – albumu, na który zrodził się ogromny hype.

Ale czy ten hype jest słuszny i uzasadniony? Sprawdźmy to!

Album ma swój charakterystyczny vibe

Zanim przejdziemy do rzeczy, które nam nie podpasowały – skupmy się na pozytywach. To, za co warto przede wszystkim pochwalić debiutancki album Martina Bresso, to niezwykle przyjemny klimat, który udało mu się utrzymać w swoich produkcjach. Dobry vibe, który zapewnił Tchami, wprawi wasze nogi w bezwładne ruchy. Jest też całkiem różnorodnie. Na płycie dominują house’owe melodie – jednak są też momenty, gdy dostajemy po twarzy mocnym bassem, a za chwilę znacznie zwalniamy, wrzucając niższy bieg.

Goście, goście

Chwilę po ogłoszeniu tracklisty “Year Zero” byliśmy niezwykle podekscytowani artystami, którzy pomogli w tworzeniu albumu. Znajdziemy tutaj chociażby ZHU, z którym Tchami grywał w przeszłości sety b2b. Swój udział zaznaczył również obecnie jeden z największych talentów sceny EDM – Tony Romera. Bardzo dobrze wypadł również collab z jedną z house’owych legend, a mianowicie Toddem Edwardsem, którego możecie kojarzyć chociażby z współpracy z duetem Daft Punk.

Nie wszystko złoto

Debiutancka płyta Tchamiego to album porządny, ale w żadnym stopniu odkrywczy. Szóstka wydanych przedwcześnie singli zbudowała dość duże oczekiwania względem całego albumu. Bez dwóch zdań można stwierdzić, że to właśnie przedpremierowe tracki są najmocniejszą stroną całego krążka. Wydaje się to dosyć oczywiste, jednak przed premierą byliśmy niemalże przekonani, że całość będzie równie dobra. Musimy jednak przyznać, że mimo dość chłodnego podejścia przy pierwszym odpaleniu, z każdym kolejnym odsłuchem przekonuję się coraz bardziej do “Year Zero”.

Ocena: 7/10