30 listopada w Hali Łuczniczka w Bydgoszczy odbyła się pierwsza edycja The Harbour Of Heaven. Był to interesujący event z line-upem, którego z pewnością w Polsce jeszcze nie było. Po raz pierwszy w naszym kraju swoje umiejętności miał okazję zaprezentować duet Breathe Carolina. Oprócz tego za konsoletą pojawili się chociażby Third Party, Chocolate Puma, Ferry Corsten, Skytech, Rank 1, czy Bingo Players. To, co rzuca się w oczy po spojrzeniu na lineup, to oczywiście bardzo duża muzyczna różnorodność. Przez całą noc mogliśmy usłyszeć szerokie spektrum gatunkowe – począwszy od big roomu, przez progressive i bass house po trance. O tym, kto zrobił na nas największe wrażenie, opowiemy później.


Organizatorzy, czyli agencja Destiny & Elite, mieli trudne zadanie. Od początku było wiadomo, że event będzie miał ciężko jeśli chodzi o zapełnienie hali. Nie powinno to nikogo dziwić – w tym samym czasie w Gdańsku odbywało się Don’t Let Daddy Know Poland. Marka robi wrażenie, podobnie jak lineup z Tiësto i Don Diablo na czele. Niestety, odbiło się to wyraźnie na frekwencji bydgoskiej imprezy. Według naszych, rzecz jasna, szacunkowych obliczeń, na parkiecie pojawiło się w sumie 500 do 800 osób. Liczba ta na pewno nie zadowoliła tak organizatorów, jak i artystów.

Organizacyjnie… mamy mieszane uczucia

Teraz kwestie organizacyjne. Nie było żadnych problemów ze sprawnym wejściem na halę, w razie problemów stewardzi służyli pomocą. Mała ilość ludzi była też swego rodzaju plusem – nie było kolejek do toalet czy do stref gastronomicznych – i tutaj się na chwilę zatrzymamy. Do jedzenia można było kupić praktycznie tylko jakieś przekąski pokroju chipsów, a z alkoholi było dostępne tylko piwo – żadnych drinków czy shotów. Kolejnym minusem i utrudnieniem dla ludzi była płatność tylko gotówką. W obecnych czasach, kiedy Polska jest jednym z wiodących krajów świata pod względem płatności bezgotówkowych, jest to co najmniej średnie.

Z kolei strefa VIP za to zaopatrzona była bardzo dobrze – praktycznie wszystkie rodzaje alkoholi, do tego kilka dań na ciepło i na zimno. Oprócz tego wydzielona była strefa z DJką, gdzie grali laureaci konkursu zorganizowanego przez organizatora wydarzenia. Prezentowało się to dobrze i było to ciekawym urozmaiceniem.


Pozory mylą!

Przejdźmy teraz do sceny oraz nagłośnienia, czyli wszelkich technikaliów i, rzecz jasna, występów. Powiedzmy sobie szczerze – scena na pierwszych udostępnionych zdjęciach nie zachwycała ani trochę. Jednak nasze zdanie mocno się zmieniło po przybyciu na miejsce i zobaczeniu możliwości instalacji. Główną osią działań techników był mapping 3D, czyli technika narzucania animacji na elementy scenografii. Za ten aspekt odpowiedzialny był firma Clockwork z Poznania – ich prace mogliście zobaczyć chociażby na tegorocznym Sunrise Festival. Trzeba przyznać uczciwie, że “w akcji” scena naprawdę robiła spore wrażenie i należało odszczekać wcześniejsze złośliwości. Klasa!

Nagłośnienie również było na wysokim poziomie – trzeba jednak zwrócić uwagę na pewny mankament. W momencie, kiedy stało się pod sceną – dokładniej pod samymi barierkami – bass z głośników zaczynał momentami charakterystycznie charczeć i dźwięk stawał się trochę niewyraźny. Momentami też niektóre z reflektorów raziły mocno w oczy. Na spory minus również brak pirotechniki. Konkurencyjne eventy postawiły pod tym względem wysoko poprzeczkę i THOH tutaj odstaje mocno…


Tak czy inaczej, każdy z przybyłych uczestników miał za to sporo miejsca do tańczenia czy skakania. Jak się okazało – niska liczebność imprezowiczów nie zawsze oznacza denny klimat. Niemal każda przybyła osoba świetnie odnajdywała się w tym nielicznym tłumie i każdy bawił się wybornie, nie zważając na to ile osób jest dookoła. Występujący na scenie artyści mogli więc odczuć, że jest publika dla której warto jednak grać. Nie było również żadnego problemu z miejscem do posiedzenia i odpoczynku. Udostępnione dla przybyłych były trybuny usytuowane blisko festiwalowej sceny.

Jak było grane?

Koniec końców, najważniejsza w tym wszystkim była oczywiście muzyka. Bingo Players zaprezentował się z bardzo ciekawej strony. Mocne big roomy pomieszał ze skocznym house’em, co wprawiło publikę w odpowiedni klimat. Oczywiście nie zabrakło legendarnego „Rattle” – największego przeboju Holendra. Następny w kolejności był duet Chocolate Puma. Panowie dali mocno do pieca – ich charakterystyczny, bassowy styl dał fanom niesamowitą porcję energii. Mogliśmy usłyszeć między innymi „Zhong”, „Scrub The Ground”, “Lullaby” czy „I Can’t Understand”.


O północy miało miejsce coś, czego na innych imprezach próżno szukać. Przez 30 minut miał miejsce bowiem Megamix, za którym stała formacja Free On Stage. Było to połączenie prawdziwych instrumentów na scenie: perkusji, gitary, a nawet saksofonu, a także wokalistów na żywo i DJskiego seta. Wyszło to naprawdę świetnie – wszystko współgrało ze sobą i byliśmy bardzo mile zaskoczeni. Było to coś, czego u innych brakuje. Na myśl od razu nasuwają się sety The Chainsmokers, gdzie duet Amerykanów występuje ze swoim perkusistą, a także występy Sama Feldta z zespołem. Był to czarny koń całej imprezy. Musimy to podkreślić – szkoda, że tak mało ludzi miało okazję to zobaczyć.

Headlinerzy, czyli jak zadowolić jak największą liczbę osób?

Po efektownym mixie na scenie pojawił się Ferry Corsten, który pokazał kawał dobrego trance’owego grania. Utwory takie jak „Anahera”, czy „Surga” potrafią wzruszyć każdego, a już na pewno fanów tego gatunku. Najwięcej emocji pojawiło się zapewne przy emisji remiksu Holendra do “Barber’s Adagio For Strings”. O takie ciarki nic nie robiliśmy!

Następnie czekał nas polski debiut Breathe Carolina. Amerykanie zagrali tak mocno, że wiele osób po prostu nie ogarniało tego, co się dzieje. Dubstep, bass house, future house – cały set był przepełniony właśnie takimi brzmieniami. Co by nie mówić, panowie wykonali swoje zadanie bardzo dobrze, co też przekonało co poniektórych malkontentów, wtórującym całkiem licznej grupie tych, co się znają.

Na koniec dużo emocji

Po 75-minutowym występie nastąpiła zmiana stylu – za deckami duet Third Party. Progresywna uczta to mało powiedziane – był to zdecydowanie jeden z najlepszych setów, na jakich byliśmy kiedykolwiek. Panowie zagrali utwory ze swojego najnowszego albumu „Together”, a także kilka swoich klasyków, takich jak „Everyday Of My Life”. Kapitalny set – mamy nadzieję, że w naszym kraju częściej będziemy gościć reprezentantów tego nurtu muzycznego.

Całą imprezę zakończyli kolejno Nitrous Oxide i Daniel Kandi (w secie B2B) oraz Tiddey. Ci, którzy wytrzymali i zostali do samego końca, również nie mają czego żałować!


Ostatecznie więcej plusów

Podsumowując – z perspektywy fana muzyki event jak najbardziej na plus. Mieliśmy do czynienia z bardzo dobrym i, jak już podkreślaliśmy, różnorodnym lineup’em. Scena i nagłośnienie dały radę, megamix live zaskoczył nas bardzo mocno, ale nie zabrakło niestety sporych gastronomicznych i płatniczych błędów. Szkoda, że frekwencja nie dopisała – ale można się było tego spodziewać, biorąc pod uwagę mocną konkurencję zaledwie dwie godziny drogi od Bydgoszczy.

Mamy nadzieję i liczymy na kolejną edycję The Harbour Of Heaven w przyszłym roku, ponieważ jest to impreza i marka z dużym potencjałem, a doszły nas słuchy, że są na to całkiem spore szanse. Odpowiedzialna za to wydarzenie grupa DESTINY & ELITE GROUP zapowiedziała już bowiem, że odbędą się przynajmniej 2 mniejsze wydarzenia klubowe pod sloganem tej marki. Chylimy czoła że organizatorzy nie odwołali nagle wydarzenia pomimo małej frekwencji. Nie jest to często spotykane w naszej branży (siema Tropical Vibe), dlatego brawa!

recenzowali Maciek Kotyński i Kamil Sarnowski

foto: NOX Photo