kontakt

Za nami już trzecia edycja Undercity – imprezy, która ponownie odbyło się na warszawskim Towarze. To jedno z wydarzeń, które rozpoczyna intensywny okres ciekawych bookingów, w jakich będziemy mogli uczestniczyć w najbliższym czasie. Po wymuszonej przez aktualną sytuację na świecie dwuletniej przerwie fani elektroniki mogli ponownie spotkać się na dwudniowej imprezie pełnej ciekawych artystów.

W tym roku lineup zawierał 50 aktów, wśród których nie zabrakło setów w formie b2b. Agencja Follow The Step postawiła na techno w wielu odmianach. Dzięki temu na czterech scenach zawsze można było znaleźć coś innego. Wielbiciele cięższych dźwięków, jak i pływania przy melodycznych propozycjach znaleźli coś dla siebie. W tym nawet tacy, którzy są niedzielnymi słuchaczami tego gatunku. I tak właśnie było w moim przypadku.

Kilka słów wprowadzenia

Relacja z tej imprezy dla wielbicieli techno może być profanacją, a może i znajdą się kolejni śmiałkowie, którzy napiszą mi, że ja zupełnie się nie znam. Jednak muzyka jest na tyle pięknym odłamem sztuki, że zawsze znajdzie się coś nowego, przez nas wcześniej nieodkrytego. Poszerzanie horyzontów w każdym przypadku jest czymś dobrym, zwłaszcza, gdy nie odnajduje się dawnego szczęścia w tym, czego słuchaliśmy do tej pory. To właśnie dopadło mnie w tym roku.

Z początkiem 2021 kompletnie uciekłam w deep house, choć już wtedy zdarzały mi się głębsze próby wgłębiania się w różne odłamy techno. Robiłam to z ciekawości, również z powodu rosnącej popularności tego gatunku. Od kilku miesięcy regularnie poznaje nowe perełki z odłamu melodic. Z kolei w ostatnich tygodniach bardzo często przenoszę się w ten świat, słuchając w domowym zaciszu takich setów. W poprzednich latach pojedyncze propozycje wpasowywały się w moje gusta. Od dawna ceniłam Reiniera Zonnevelda, nawet przed współpracami z HI-LO. Jednak w kwestii techno ten rok jest dla mnie przełomowy.

Co prawda na FEST Festivalu również znalazły się sceny takie jak Eden czy Krąg Taneczny Smolnej, gdzie co nieco takich dźwięków można było znaleźć, jednak bardziej komercyjne propozycje mnie zwabiły na dłużej. Więcej o tym, jak było na sierpniowym festiwalu możecie przeczytać tutaj. Jednak wróćmy do Undercity.

Dwa dni w innym świecie

Nie ukrywam, że przed pandemią Torwar był dla mnie często odwiedzanym punktem na mapie Warszawy. W tym miejscu byłam na dziesiątkach koncertów, zarówno występów obecnie topowych artystów różnych gatunków, z członkami rodziny na tych starszych datą muzyków, jak i reprezentantach sceny elektronicznej. Jednak powrót do hali na ulicy Łazienkowskiej w ten weekend był zupełnie czymś innym. To był bowiem pierwszy mój festiwal w tym miejscu.

Dużym “ała” na wejściu była cena szatni. W zależności od organizatora imprezy kwota za przechowanie ubrania wierzchniego się różni, ale nie przypominam sobie, bym w tym miejscu za taką usługę płaciła 6 zł.

Zawsze puste korytarze czy surowe wejście na arenę wyglądały zupełnie inaczej. Na głównym holu, patrząc się w górę od razu gościła nas wisząca kula dyskotekowa. W każdym miejscu było mnóstwo miejsc, gdzie można było wypocząć. Pufy, kanapy, leżaki, podesty – dla każdego coś dobrego. Barów również nie brakowało. Przy każdej z mniejszych scen można było szybko uzupełnić braki w nawodnieniu. Na czwartej – największej i najbardziej charakterystycznej z nich o nazwie Metropolis takiego miejsca nie było. Na szczęście w holu znajdowały się dwa bary – także nie ma na co narzekać w tej kwestii. Aby uzupełnić swoje zapotrzebowania na zewnątrz areny znajdowała się wydzielona strefa z jedzeniem i piciem.

Jednak ponownie, tak jak na FEST Festivalu, na terenie nie było odpowiednich oznaczeń. Główną scenę czy dwie strefy Tunnel nie było trudno znaleźć, jednak District był ukrytym kąskiem. Co prawda na social mediach zadbano o grafiki z mapkami, jednakże takich na miejscu już nie uświadczyłam. Wejście na District znajdowało się po lewej stronie, pod trybunami sceny Metropolis. Małe przejście pomiędzy czarnymi materiałami, w ciemnej przestrzeni jest trudne do zauważenia. Co prawda na takim wydarzeniu LEDy czy ogromne napisy wadziłyby scenografii, ale delikatne oznakowanie ułatwiłoby sprawę. Tej sceny szukałam kilkanaście minut, próbując nawet wejść z zupełnie innych stron czy pięter. Jednak opłaciło się!

Magiczna scenografia

Już podczas festiwalu w Parku Śląskim Follow The Step udowodniło, że światła, projekt scen oraz pokrewne kwestie są dla nich ważną częścią wydarzenia. To można było zauważyć nawet na zdjęciach ze sceny Metropolis z poprzednich edycji. Charakterystyczny oświetlony sześcian nad deckami uzupełniała masa kolejnych świateł i laserów padających na każdy kraniec przestrzeni. Wszystko to uzupełniały LEDy na suficie oraz wiszące lampy o regulowanej wysokości – podobne rozwiązanie towarzyszyło Arena Stage na FEST Festivalu. Trybuny oraz strefa za DJką były zakryte czarnymi materiałami, co tworzyło minimalistyczną, jednak robiącą wrażenie scenografię. Inni członkowie redakcji porównywali to, co widzą, do oprawy “HOLO” od Erica Prydza czy “Cube” Deadmau5’a. Co prawda nie jest to jeszcze poziom wyżej wymienionych imprez, czy chociażby scen znanych z wydarzeń Q-Dance, jednak na polskie warunki Undercity jest pod tym względem w topce.

Niemałym zaskoczeniem na tego typu wydarzeniu było umieszczenie ogólnodostępnych podestów i podwyższeń dla imprezowiczów. Zazwyczaj takie rozwiązania widziałam dostępne jedynie dla fotografów, filmowców i pokrewnych członków produkcji koncertów. Tym razem z możliwości potańczenia z lepszym widokiem miał każdy. Jest to naprawdę miła odmiana.

Mocne techno podobało się ludziom

Szczególnie w sobotę na scenach Tunnel frekwencja naprawdę dopisywała. Kreacja tych miejsc jest naprawdę fajnym wykorzystaniem korytarzy Torwaru, które w normalnych okolicznościach prowadzą na trybuny (tym razem były one wyłączone z użytku). Oba odłamy korytarzy dostały osobne bary, za którymi zaczynały się kolejne czarne przestrzenie. Tym razem również towarzyszyły nam masy świateł. Pomimo podobnych konstrukcji, obie sceny były oświetlone na różne sposoby. Na jednej mieliśmy LEDowe paski na suficie oraz po bokach korytarza, druga posiadała kwadratowe lub prostokątne reflektory. Wszystko to pod kontrolą VJi robiło doskonałą robotę przy cięższych klimatach.

Na District Stage było najspokojniej. Scena ta jest przeze mnie prześmiewczo nazywana magiczną sceną gimnastyczną. Aby do niej się dostać, trzeba było zboczyć z głównej sceny i przez korytarze dostać się właśnie na małą salkę. Tu światła grały drugorzędną rolę. Były za to dekoracje, które przypomniały mi o scenach Eden i co ciekawe – Raban – na FEST Festivalu. Mieliśmy tam charakterystyczne koła oraz koła zębate po ich bokach. Ta dekoracja uzupełniała się z wisząca kulą dyskotekową oraz światłami, które wokół niej były umieszczone. Z melodic techno nietrudno było w takiej przestrzeni odpłynąć.

Czegoś jednak brakowało

Pomimo uwielbienia klimatów, jakie gościły na scenie District i dobrej zabawie odkrywając dźwięki innych scen, reprezentujących odmienne od moich codziennych ulubieńców, brakowało mi czegoś. Pamiętam rok 2019 i ból, widząc w lineupie tamtej edycji reprezentację house’owych klimatów, że nie uda mi się być na wydarzeniu, które odbędzie się w mieście, które zamieszkuję. Lista aliasów występujących na City Hall mnie urzekła. Sety takich ikon, jak Claptone i Pete Tong do tej pory są na liście występów, na których chciałabym być. W tym roku – niestety – osobnej przestrzeni poświęconej house’owi nie było. Możliwe, że organizatorzy mieli swoje powody, by odsunąć się od tego rozwiązania. Niemniej jednak w tym roku brak kącika dla wielbicieli takiej muzyki był małym minusem.

W skrócie – tego oczekiwałam!

Pomimo bycia osobą, która nadal spogląda chętnie w stronę bardziej mainstreamowych klimatów dochodzę do wniosku, że Undercity dało mi to, czego oczekuje od dobrego festiwalu halowego. Wrażenia audiowizualne pozwoliły mi odpłynąć, odnaleźć się w nowych nurtach i poznać nowych ludzi czy bawić się wśród tych, po których widać było, że są weteranami tych klimatów. Minimalizm gra mi w duszy, a to zgrywało się z oprawą Undercity. Dobrą muzykę poznaje po tym, że daje mi radość oraz motywacje do dalszego działania w życiu. Te aspekty zostały zaliczone.

Z cenami napoi – jak na takie wydarzenia – nie było tragedii. Co prawda nie sprawdzałam cen wszystkich propozycji, jednak najpopularniejsze drinki można było dostać w cenie 15/20 zł, a butelkę wody nabyłam za 8 zł. Doceniam też to, że nie została ona przelana do kubka. Dzięki temu nie miałam problemu, by pozostałą zawartość wrzucić do plecaka i bawić się dalej. Jednak cena szatni nadal jest pewnym istotnym mankamentem.

Zdecydowanie moimi ulubionymi scenami były Metropolis i District – i to na nich spędziłam większość czasu. Czołowi artyści występujący na tej pierwszej nie zawodzili. Na dłużej w mojej pamięci zostaną występy takich twórców, jak Joseph Capriati, Sam Paganini czy Oxia. Jednak zdecydowanymi faworytami 5 i 6 listopada byli dla mnie Oliver Koletzki, Mimi Love i Raphael Hofman. Na tych setach trudno było mi o powrót do rzeczywistości – a byłam wtedy zupełnie trzeźwa.

Po tym wszystkim tylko wystarczy czekać na to, co Undercity nam zafunduje za rok, lub jeszcze wcześniej – we Wrocławiu. Co prawda na Smolnej miał jeszcze miejsce after (który w chwili publikacji tego tekstu powoli dobiega końca), ale nam już sił na to nie starczyło.

Byle tylko więcej takich cyklicznych imprez na naszym podwórku!


foto: K35 Photo

kontakt