Gdybym miał podać przykład jakiegoś miejsca, gdzie praktycznie wszędzie bez przerwy grana jest muzyka elektroniczna, będzie nim na pewno Amsterdam. Żeby nie było – nie jest tak przez cały rok, ale nie zmienia to faktu, że to właśnie stolica Holandii rokrocznie gości branżę i fanów muzyki na Amsterdam Dance Event. Miałem okazję uczestniczyć w tym właśnie wydarzeniu i mogę powiedzieć jedno – jeszcze nigdy nie byłem tak muzycznie spełniony! To, co się działo w Amsterdamie w okresie 16 – 20 października, przewyższyło moje muzyczne oczekiwania. Zapraszam do relacji z mojego pobytu na ADE. W tym tekście postaram się wam opowiedzieć jak najwięcej o tym wydarzeniu. Opowiem wam również o kosztach transportu, wyżywienia i alkoholu. Ponieważ większość czasu spędzałem na wydarzeniach rave skupie się właśnie na nich. Zapraszam do lektury.

Co to jest ADE?

ADE to największe wydarzenie związane z muzyką elektroniczną na świecie. To właśnie wtedy – najczęściej w trzecim tygodniu października – Amsterdam odwiedza około 400 tysięcy fanów muzyki elektronicznej i ponad 2500 artystów, którzy w tym czasie biorą udział w różnorodnych wydarzeniach, nie zawsze związanych stricte z imprezowaniem. W ciągu tych pięciu dni na terenie miasta organizowanych jest ponad 1000 wydarzeń w 200 różnych lokalizacjach, co w zasadzie oznacza, że przez pięć dni i pięć nocy Amsterdam dosłownie oddycha muzyką elektroniczną, czyniąc go jednym z najbardziej ruchliwych, klubowych miast na świecie.

Sklep Hexagon finansowo wymagający

Pierwszym wydarzeniem, w jakim miałem okazję uczestniczyć było Matisse & Sadko & Friends w klubie Maia Amsterdam. Impreza odbyła się w środę 16 października. Mieszkam 15 kilometrów od Amsterdamu, więc dotarcie do centrum miasta pociągiem to była kwestia 40 minut. Postanowiłem wyjechać z domu już o godzinie 15, pomimo, że wydarzenie zaczynało się dopiero o 22. Wszystko po to, żeby mieć trochę czasu na poprzechadzanie się po mieście i spotkanie ze starymi znajomymi, którzy przyjechali z Polski, Anglii i Węgier. Co pierwsze rzuciło mi się w oczy? Na pewno punkt informacji ADE, który był już na lotnisku Schiphol. Budka była w kształcie drzewa, a zamiast liści były żółte klocki w kształcie loga ADE. Wyglądało to naprawdę fajnie.

Gdy dojechałem na dworzec centralny Amsterdamu, w pobliskim pasażu handlowym można już było usłyszeć głośną muzykę elektroniczną z różnych sklepów, w tym nawet z takiego popularnego jak Albert Heijn (największa sieć marketów w Holandii). Tam z reguły jest cisza, ale wtedy razem ludzie z uśmiechem tańczyli nawet przy kasach, co wyglądało naprawdę super. Dużo osób chodziło również z własnymi głośnikami bluetooth z których wybrzmiewały – a jakże – elektroniczne brzmienia. Tak więc już od samego początku można było poczuć tą magiczną otoczkę ADE. Po krótkim zwiedzeniu dworca udałem się na tramwaj w celu dojechania do hotelu znajomych. Na przystanku było wiele osób, które przyjechały do Amsterdamu właśnie w celach imprezowych. Nierzadko energicznie rozmawiali o różnych wydarzeniach na terenie miasta. Podczas jazdy tramwajem zauważyłem sporą ilość banerów, flag i reklam z logiem ADE, a samo miasto wyglądało jak przygotowane pod ten event. Po spotkaniu ze znajomymi wspólnie postanowiliśmy udać się do sklepu Hexagon.

Ceny w sklepie były niestety piorunujące. Koszulki wahały się w cenie 50 – 70 euro, bluzy 70 – 100 euro, kurtki 110 – 250 euro, spodnie 70 – 110 euro, a czapka full cap 30 euro. Dla osoby, która zarabia w polskich złotyvh jest to bardzo dużo – ale dla Holendrów czy mieszkańców Europy Zachodniej jednak jest to cena optymalna. Ja kupiłem tylko czapkę i uważam, że jest całkiem solidnie wykonana.

Po krótkim zwiedzeniu sklepu pochodziliśmy sobie po różnego rodzaju uliczkach. Zewsząd atakowały nas reklamy koncertów różnych DJi.

Pierwszy dzień pod znakiem imprezy Matisse & Sadko

Po krótkim spacerze wróciliśmy do hotelu odpocząć. Ja niestety w tym czasie byłem chory i miałem gorączkę, więc potrzebowałem więcej czasu na odpoczynek. Gdy dochodziła już godzina 22, postanowiłem udać się już w stronę klubu Maia. Niestety musiałem się rozdzielić ze znajomymi i iść sam, ponieważ oni szli imprezę labelu Mixmash, a lineup Matisse & Sadko & Friends był dla mnie za mocny, żebym mógł go odpuścić, nawet jeśli oznaczałoby to pójście na imprezę w samotności.

Od hotelu do klubu miałem niedaleko, bo tylko niecałe 10 minut pieszo. Choć pod klubem nie było dużej kolejki, niestety z przyczyn technicznych poruszała się bardzo wolno, więc na pierwszego artystę, czyli Quentyn‘a spóźniłem się 20 minut. Sam klub był bardzo mały, ale na szczęście organizatorzy nie przesadzili ze sprzedażą biletów, więc nie było jakiegoś dużego ścisku, gorzej za to było pod DJką.

Ceny alkoholi? Zależne od miejsca wydarzenia. Każdy klub miał swoje ceny. W Maia piwo 330 ml było za 3.50 euro, drinków i mocniejszych trunków tam nie kupowałem, ale z reguły są one po 9-10 euro.

Co było fajnego na tym wydarzeniu? Na pewno muzyka i ludzie. Widać było gołym okiem, że ludzie wiedzieli, po co przychodzą. Mało kto wyciągał tam telefony w celu nagrywania. Najprawdopodobniej byłem osobą, która robiła to najczęściej – ale przecież relacja na Instagrama sama się nie zrobi. Wydarzenie przekroczyło moje muzyczne oczekiwania. Oczywiście zależy też od gustu, jako iż uwielbiam muzykę progressive, byłem bardzo zadowolony, a artyści tam obecni grali w stu procentach w swoim stylu.

Podobało mi się również to, że był bardzo łatwy dostęp do artystów. Nie było żadnego osobnego pomieszczenia VIP – tylko zwyczajnie duży stół w kącie pod DJką, gdzie siedzieli artyści. Bez problemu można było do owego stołu podejść, pogadać z jakimś artystą, zrobić sobie zdjęcie. Artyści byli bardzo przyjaźnie nastawieni do fanów. Przypadkowo nawet uderzyłem z łokcia jednego z członków Magnificence w głowę, po czym natychmiast go przeprosiłem, a ten się tylko uśmiechnął i odpowiedział, że nie mam się przejmować, tylko dalej się tak dobrze bawić.

Na wydarzeniu pojawiali się również producenci, którzy nie grali w ogóle na imprezie. Przykładem była sytuacja, kiedy bawiłem się w tłumie, a obok mnie stał jakiś grubszy chłopak. Nie przyglądałem mu się za bardzo, ale w pewnym momencie zauważyłem, że różne osoby zaczęły dociskać się do niego w celu zrobienia sobie z nim zdjęcia. Po zwróceniu na niego uwagi zauważyłem, że był to Justin Mylo we własnej osobie. Dosłownie na chwilę pojawił się również Martin Garrix.

Tak więc podsumowując, pierwszy dzień był bardzo udany. Pomimo, że klub był bardzo mały, nie było jakoś bardzo dużo osób w środku, więc można było się swobodnie poruszać. Ceny alkoholi nie były tragiczne, aczkolwiek mogłyby być nieco tańsze. Możliwość bliskiego kontaktu z artystami na duży plus. Jedyny minus na jaki zwróciłem uwagę to nagłośnienie. Na początku imprezy momentami jeden głośnik na chwilę się wyłączał, po czym po chwili znowu działał. Psuło to niestety trochę klimat, a w jednym miejscu pod konsoletą było słychać irytujące przestery. Na szczęście było to tylko w jednym wybranym miejscu, więc wystarczyło tam po prostu nie stać.

Nagrody 1001tracklists

Podczas drugiego dnia ADE działo się już nieco więcej, a to też dlatego, że miałem zaliczyć dwa eventy w ciągu jednego dnia – 1001Tracklists Presents: Top 101 Producers 2019 i Mike Williams in concert. Impreza 1001tracklists odbywała się w godzinach 17 – 21 w klubie Nova tuż obok klubu Maia i – co najfajniejsze- była darmowa. Wystarczyło się tylko zarejestrować na stronie, czekało się na maila w którym trzeba było podać imię i nazwisko uczestnika i to wszystko. Jedna koleżanka jednak nie miała tyle szczęście i nie otrzymała wiadomości na maila, ale dzięki uprzejmości Keanu Silva, który grał na tej imprezie, udało jej się wejść z nami. Lineup prezentował się następująco:

lineup 1001tracklist

Specjalnymi gośćmi okazali się Lucas & Steve, Sunnery James & Ryan Marciano, D-Block & S-Te-Fan oraz… David Guetta. Z domu wyruszyłem wspólnie z koleżanką pół godziny przed 17, więc, gdy tylko dotarliśmy do Amsterdamu, pędem pognaliśmy do miejsca imprezy, aby stracić jak najmniej. Nie mieliśmy więc wtedy zbyt czasu, żeby chodzić po mieście. Kolejka do Nova była niewielka i szła znacznie szybciej niż do Maia. Klub był trochę większy od poprzednika, a ilość ludzi była podobna co do środowej imprezy. Na początku nie mogłem plecaka oddać do szatni z powodu problemów technicznych, ale po 30 minutach zostało to naprawione. Szatnia kosztowała 1 euro. Piwo było o za 3 euro, czyli o 50 centów niż w poprzedniej destynacji.

W tym klubie na pewno łatwiej było dostać się pod DJkę. Tutaj ludzie również świetnie się bawili, choć nie zawsze, ponieważ była tu znacznie większa różnorodność muzyczna i nie każdemu przypasowywał dany gatunek. Wiele setów było realizowanych w formie b2b – przykładowo RetroVision zagrał z Lucas & Steve, a Chocolate Puma z Carta. Na samym końcu imprezy pojawił się David Guetta, który został zaproszony do klubu w celu wręczenia dla niego nagrody, mianowicie statuetki 1001tracklists za najlepszego DJa według owego portalu. Pełny ranking znajdziecie pod tym linkiem, a poniżej – nagranie z momentu wręczenia statuetki.

Mike Williams… w świątyni

Po zakończonej imprezie mieliśmy dwie godziny wolnego czasu, więc postanowiłem z koleżanką spotkać się z paczką znajomych, którzy byli nieopodal. Wśród nich PARO oraz 9lives, o których mieliśmy już okazję pisać na naszym portalu. Gdy dochodziła godzina 23, powoli udałem się z moją towarzyszką w stronę Koepelkerk, gdzie odbywał się kolejny event, mianowicie Mike Williams in Concert – ADE. W lineup’ie – oprócz gospodarza – pojawili się także Brooks, Keanu Silva, Dannic oraz Sick Individuals. Bilet na to wydarzenie kosztował 27,5 euro, a miejsc,e w którym to się odbywało było naprawdę wyjątkowe. Koepelkerk to mała bazylika z potężnymi organami kościelnymi, która została przekształcona w muzeum. Całość wyglądała naprawdę bajecznie, a w połączeniu z muzyką EDM i efektami wizualnymi dawała naprawdę piorunujące wrażenie.

Odnośnie kosztów – plus za darmową szatnię, natomiast napoje można było kupować za żetony – jeden w cenie 3 euro. Piwo 330 ml kosztowało 1 żeton. Kupowałem również wódkę z redbullem, która kosztowała 2,5 żetonu.

Toalety tutaj jednak mogły być nieco lepiej pilnowane, ponieważ już w połowie imprezy walało się tam dużo śmieci po podłodze, a w wielu miejscach była woda na ziemi i zapchane pisuary. Poza tym impreza była świetna, można było wejść również na górne piętro w celu lepszego widoku sceny. Co do setów wypowiadać się nie będę bo to kwestia indywidualna, ale dodać mogę, że w czasie występu Mike Williams’a pojawił się gość specjalny – konkretnie Mesto, co okazało się przyjemną niespodzianką. Artyści podczas eventu pozostali bardzo towarzyscy. Sam Brooks i Mike Williams po swoich występach wychodzili do ludzi porozmawiać i zrobić z nimi zdjęcia.

Podsumowując czwartkowy dzień – oba eventy były bardzo udane. Nagłośnienie w klubie Nova było już nieco lepsze niż w klubie Maia, było również więcej miejsca. Podobała mi się też różnorodność muzyczna podczas 1001tracklists, a spowodowane to było przez duży przemiał DJów w tak krótkim czasie. Zastrzeżeń co do tej imprezy nie miałem.

Co do koncertu w Koepelkerk – jedyne co mi się nie podobało to czystość toalet. Cała reszta, czyli scena, oprawa wizualna, lokalizacja, nagłośnienie to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Przede wszystkim nagłośnienie było naprawdę przyjemne. Dzień drugi ADE mogę więc zaliczyć do udanych.

Dzień trzeci – Martin Garrix

Nastał piątek, czyli trzeci dzień Amsterdam Dance Event, a tym samym koncert Martina Garrixa w hali targowej RAI Amsterdam. Bilet na ten koncert kosztował 37 euro, ale w pierwszej puli – potem były już trochę droższe i cena rosła do 47 euro. Supportem Holendra tego wieczoru byli Loopers, Dyro, Matisse & Sadko, Bart B More, Silque, Infuze i Eauxmar.

Z domu wyjechaliśmy nieco szybciej, aby mieć jeszcze czas poprzechadzać się po centrum. Klimat ADE było czuć tam bardzo mocno. Poszliśmy zjeść coś do chińskiej restauracji, gdzie tam również na telewizorze można było zobaczyć EDMowe teledyski. Mijając różnego rodzaju puby, sklepy, bary i dyskoteki wszędzie można było usłyszeć muzykę elektroniczną, a wielu ludzi tańczyło też na drodze, co wyglądało wręcz znakomicie.

Po krótkim zwiedzeniu centrum udaliśmy się na chwilę do pubu Smoking Bull Cafe, gdzie grało tam na DJ’ce paru naszych rodaków, w tym Exation, Verossi i Greg Gold. Po wypiciu paru piw i partyjce w bilarda udaliśmy się już ostatecznie do RAI. Trochę daleko było to od centrum, ale dzięki metrze udało nam się dojechać tam w jakieś 10 minut i wysiąść pod samym wejściem na halę.

Jeżeli chodzi o transport publiczny w Amsterdamie to można było kupić bilet całodzienny za 13 euro lub godzinowy za 2,20 euro i z takim biletem można było poruszać się po terenie całego miasta, a czas naliczał się od momentu pierwszego zeskanowania biletu.

Kolejka pod halą była ogromna, ale poruszała się dość sprawnie bowiem nie czekaliśmy dłużej niż 20 minut. Po wejściu do środka od razu udaliśmy się w stronę szatni. Szatnia tam była dość droga, ponieważ kosztowała 7 euro za szafkę. Na szczęście jakoś się zmieściłem z koleżanką do jednej, choć było ciężko. Płatnością tam były żetony, które były w tej samej cenie, co w Koepelkerk. Piwo 330 ml kosztowało jeden żeton, a różnego rodzaju drinki były za dwa i pół żetonu.

Po zostawieniu kurtek i kupnie żetonów chcieliśmy się udać do toalety. No i tu niestety pojawił się największy minus organizacji. Żeby dotrzeć do toalet trzeba było przedostać się do drzwi prowadzących na zewnątrz. Właśnie tam zaczynała się ogromna kolejka do toalet. Kibli było zdecydowanie za mało na taką ogromną ilość osób. Do tego toalety były koedukacyjne. Samo stanie w kolejce zajęło mi około 20 minut. Pierwszy raz spotkałem się z taką nieprzyjemną sytuacją.

Idąc dalej po opuszczeniu toalet udaliśmy się już od razu na halę, gdzie trwał koncert. Hale były dwie. Na jednej było mnóstwo stoisk z jedzeniem, przekąskami, słodyczami i napojami oraz było pełno barów, a na drugiej była scena. Udało nam się podejść pod prawie samą scenę, choć było bardzo ciężko, ponieważ ścisk w niektórych miejscach był ogromny. Przy barierkach nie było już tak źle. Jeżeli chodzi o nagłośnienie imprezy to było bardzo dobre, choć w niektórych miejscach (jak na przykład na środku pod sceną) natężenie niskich tonów było zbyt wysokie. My jednak stanęliśmy w idealnym miejscu. Plusem też było to, że z każdego miejsca było blisko do baru.

Muzycznie był to dla mnie najlepszy eventm jaki do tej pory zaliczyłem, “The Ether” – czyli nowe widowisko audiowizualne Martijna, było po prostu nie do opisania. Scena była piękna, a poruszające się lampy zwisające z sufitu dawały wrażenie, jakby na suficie falowała woda, co w połączeniu z muzyką progressive dawało wręcz bajkową otoczkę. Najlepszym smaczkiem jednak okazała się końcówka seta Holendra, gdzie na ostatnie 20 minut na scenę dołączyli Tiesto oraz David Guetta.

Pod koniec wydarzenia postanowiłem wybrać się coś zjeść na drugiej hali. Po dłuższym zastanowieniu wybrałem bułkę z wołowiną, surówką i sosem za 2,5 żetonu. Danie było wręcz przepyszne i jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się takie pyszne jedzenie na jakimkolwiek wydarzeniu.

Podsumowując był to dla mnie najlepszy event ze wszystkich dni ADE. Jedzenie pycha, nagłośnienie super, samo muzyczne widowisko niesamowite. Gdyby nie toalety i zdecydowanie za droga szatnia mogłoby być wręcz perfekcyjnie.

Dzień czwartyHexagon

Nastała sobota i zarazem ostatni dzień mojej zabawy w Amsterdamie. Tym razem miałem się wybrać na event wytwórni Don Diablo, czyli Hexagon HQ, który odbywał się w dość ciekawym klubie NYX. Owa ciekawostka polegała na tym, że był to… gejowski klub. Na szczęście komfortowo mógł się tam czuć każdy, niezależnie od orientacji seksualnej.

Bilet kosztował 16 euro, a line up imprezy prezentował się następująco:

Kolejka do klubu była dość spora, ale poruszała się dość szybko. W środku zamiast szatni były szafki, które kosztowały 2 euro jednorazowo, czyli po otwarciu takiej szafki trzeba było wrzucić kolejne 2 euro.

Klub był dość spory i posiadał w sumie trzy sale i 4 bary. Jedna duża sala z tarasem, druga nieco mniejsza na piętrze, a na samej górze trzecia najmniejsza w miejscu, gdzie były toalety, a za DJką były… pisuary.

Znajdował się tam również bar. Tak więc przy okazji wypróżnienia można było i potańczyć i napić się. Piwo w klubie było za 2,5 euro 330 ml, a drinki wahały się w cenach 6-8 euro. Cenowo wychodziło więc najtaniej ze wszystkich dotychczasowych wydarzeń.

Gośćmi specjalnymi w klubie okazał się Matt Nash oraz sam Don Diablo. Miałem jednak wrażenie, że organizatorzy sprzedali nieco więcej biletów niż powinni, ponieważ w niektórych momentach ścisk był nie do zniesienia, a ludzie trącali się łokciami z nerwów. Tak było chociażby podczas seta Don Diablo. Pomimo tego, że nie było go w timetable właśnie dlatego, żeby uniknąć ścisku, to i tak plotki szybko się rozniosły po całym klubie i ludzie o danej godzinie byli już gotowi na owej sali. Nie wytrzymałem tam dłużej niż 10 minut.

Nagłośnienie podczas wydarzenia było świetne. Dosłownie w każdym pomieszczeniu były głośniki z których wybrzmiewały hexagonowe brzmienia. Bez problemu w klubie można było spotkać danego artystę i porozmawiać sobie z nim jak i zrobić sobie zdjęcie.

Seta imprezy moim zdaniem zagrał Steff Da Campo. Najbardziej jednak zaskoczył mnie widok RetroVision na “toilet stage”, a jego mina sama mówiła ,,co ja tu robię”.

Impreza trwała do godziny ósmej rano, jednak my wytrzymaliśmy jedynie do piątej. Tak więc podsumowując dzień czwarty wydarzenie było również bardzo udane. Jedyny negatyw był taki, że tak jak wcześniej wspominałem w niektórych momentach był ścisk nie do zniesienia. Poza tym nic mi nieprzyjemnego się tam nie przytrafiło. Ludzie byli bardzo przyjaźnie do siebie nastawieni, a artyści bardzo towarzyscy.

Jak było?

Tak więc właśnie wyglądały moje 4 dni zabawy w Amsterdamie podczas ADE.

Moim faworytem był koncert Martina Garrixa w piątek. Podczas tych czterech dni wydatki związane z ADE (łącznie z transportem) pochłonęły około 150 euro, czyli około 650 złotych. Dodam jeszcze tylko, że jest to wariant ekonomiczny.

Czy jestem w stanie polecić Wam Amsterdam Dance Event? Jak najbardziej, jeszcze jak. Organizacyjnie nie zawsze jest idealnie, choć to też zależy od lokalizacji, w jakim wydarzenie się odbywa. Muzycznie jednak jest to najlepszy festiwal muzyki elektronicznej na jakim do tej pory byłem – a byłem na wielu, na przykład UNTOLD czy Mysteryland.

Jedyne co mogę dodać na sam koniec to to, że za rok na pewno się pojawię na tym magicznym wydarzeniu. Was również zachęcam do odwiedzenia tego niesamowitego miasta i mam nadzieję, że za rok się zobaczymy! Obowiązkowa pozycja dla każdego fana EDM!