Czym Open’er mnie zawiódł, czyli o ewakuacji, organizacji i innych takich [FELIETON]

Julia Oziemczuk opowiada w felietonie o swoich (i nie tylko) doświadczeniach z trzeciego dnia Open’er Festival 2022.

kontakt

Nieskromnie się chwaląc, nowicjuszem w festiwalowych sprawach nie jestem. Większość dużych, polskich imprez tego typu mam na swoim koncie – zarówno tych zaliczonych jedno-, jak i tych, które odwiedziłam wielokrotnie. Przeżyłam więc wiele wpadek organizatorów, problemów z bookingami i innych tego typu sytuacji . Nauczyłam się dzięki temu, że na jednego artystę nie ma co jechać pół Polski. Warto znaleźć jakąś alternatywę w lineupie, jeśli przypadkiem muzyk wysypie się z wydarzenia. Akurat rzadko mam z tym problem, bo słucham bardzo różnych gatunków – ale nie w tym rzecz.

Dzięki tym wyjazdom mogę wam relacjonować, jak i porównywać różne koncerty. Do tej pory większość działań Alter Artu chwaliłam. Organizator Open’era, jak i Orange Warsaw oraz Kraków Live Festival, ma już 20 lat na karku doświadczenia w tworzeniu wspomnień. Jednak tym razem bardzo mnie zawiedli.

Dlaczego Open’er?

W 2022 roku na Opka postanowiłam wybrać się na dwa dni. Jako fanka twórczości Dui Lipy jeszcze z przed jej debiutanckiej płyty oraz osoba, która ciągle mijała się z Martinem Garrixem, cały czas miałam w głowie zakup jednodniowego biletu. Jednak następnego dnia headlinerem została ogłoszona dla mnie oraz innej osoby z mojej rodziny ważna grupa – The Killers. Po konsultacjach zostały ogłoszone bliższe szczegóły wyjazdu, jak i zakupione karnety weekendowe. Takie karnety trochę zabolały po kieszeni, bo 500 zł piechotą nie chodzi. Do tego miejsce do spania, przejazdy, finanse na przeżycie w innym mieście i robi się ładna suma, za którą mogłabym udać się na wakacje, które zasługuję. Jednak miłość do muzyki ważniejsza.

Pierwsze wrażenie organizacyjne

Ja – weteran imprez, osoba mi towarzysząca – jej pierwszy festiwal w życiu. Jestem ciekawa, czy po tych wrażeniach będzie chętna jeździć na kolejne. Jednak zacznijmy od początku. Tego dnia nie zależało nam na pierwszych grających artystach, dlatego na spokojnie przyjechałyśmy z Gdańska do Gdyni w okolicy godziny 19. To na głównym dworcu PKP i jego okolicach działo się większość kwestii operacyjnych związanych z imprezą. W tym miejscu wymienione nam zostały zakupione bilety na opaski, które uprawniają nas do zabawy. Tu poszło wszystko sprawnie. Dość długa, na pierwszy rzut okiem, kolejka w 10 minut doprowadziła nas do okienka obsługi.

Po tym procesie skierowaliśmy się do gigantycznej kolejki do transportu na festiwal. Z jednej strony bardzo cenię organizatora, który ma możliwość dogadania się z lokalnymi przewoźnikami, by za darmo (czy w cenie biletu na imprezę) przewozić swoich uczestników. Jednak w tym roku słyszałam wiele negatywnych opinii, jeszcze przed piątkiem – czyli dniem małej zagłady. Wiele osób w środę czy czwartek czekało ponad godzinę, nawet dwie na możliwość wejścia do busa. Dla osoby, która w 2019 w max 15 lub 30 min od założenia opaski już siedziała w drodze na imprezę, był to niemały szok. W sumie nadal jest to lepsze rozwiązanie, niż oferowanie własnych busów w kosmicznych cenach przejazdu, bądź zostawianie uczestników na własną rękę.

Czekając jakieś 10 minut, nad główną stacją rozpętała się burza. Zapowiadały to już wcześniej nieciekawe widoki na niebie. Wiele osób się ratowało płaszczami, inni uciekli do budynku dworca. Sytuacja wydawała się stabilna, bo Open’er już nieraz zmagał się z silnym wiatrem czy burzami. Jednak w tłumie zaczęły się pojawiać pierwsze informacje na temat nieciekawej sytuacji na terenie festiwalu, a niedługo po tym na ekranach telefonów pojawiło się powiadomienie z aplikacji imprezy. “Trwa ewakuacja wydarzenia“. Do autobusów już nie wpuszczano ludzi, okienka w punktach biletowych zamknięto – a przynajmniej na to wyglądało z dalszej odległości.

Pierwsza ewakuacja w historii (?)

Do naszej gromady podeszła obsługa z megafonami, która poinstruowała, by poczekać na dalsze informacje. By się nie rozpuścić, jak to niektórzy naczelni żartownisie w komentarzach pisali, schowaliśmy się w budynku dworca. Jednak po kilkunastu minutach ani na social mediach, ani w aplikacji nie było dalszych wieści. Wróciliśmy więc na zewnątrz, by czekać na komunikaty od załogi imprezy. Nie było to złe wyjście, bo niedługo później usłyszeliśmy, że za 20 – 30 min dowiemy się, co dalej z wydarzeniem. Było to chwilę po godzinie 20:00. Z różnych źródeł dochodziły informacje (którym i tak nie do końca ufałam), że Open’er ma wrócić. Ten fakt wykorzystałam i udałam się bliżej miejsca odbioru autobusów. Mityczne pół godziny finalnie zamieniło się w ponad półtorej, a państwa z megafonami już nigdy więcej nie zobaczyłam i nie usłyszałam w tym czasie. Wszystko zostało w rękach internetowych sposobów komunikacji, czyli social media i appki.

Ludzie, którzy właśnie wyszli z pociągów, gdyż przyjechali z myślą o jednym dniu nie wiedzieli, co się dzieje, a my kilkukrotnie byłyśmy o to zapytane. Dzielnie, choć w przemokniętych ubraniach, czekałyśmy na dalsze informacje do 21:30. Po tym doszło delikatne poirytowanie tym, co będzie dalej. Zjeżdżające się bliżej 22 busy pełne ludzi z napisem “Opener Festival”, “Ewakuacja” nie zwiastowały nic dobrego. Komunikat w podziękowaniu za sprawne opuszczanie terenu też sugerował, że nie ma po co wracać na lotnisko. W podobnej porze w “busowej” kolejce spotkaliśmy naszych sympatycznych czytelników, którzy umili nam rozmową czas oczekiwania, dzięki temu trochę wydłużając nasze próby doczekania się. Jednak ciągle zwiększająca się ilość powracających z terenu oraz informacje związane z problemami, jakie wywołała pogoda postanowiliśmy – lecimy na SKMkę. Dostawaliśmy informacje o zerwanym dachu w bloku, powalonych gałęziach czy całych drzewach, a dookoła się ciągle nieciekawie błyskało.

Po prostu straciłam nadzieję

Więc w ten sposób o 22:24 stawiłam się na jednym z peronów dworca. O 22:25 Open’er powiadomił, że za 5 minut wznawiają festiwal. Tylko wewnętrznie się zaśmiałam. Osoba mi towarzysząca powiedziała, że dla wyczekiwanego Garrixa nie będzie stała na polu do 2:00, bo taką godzinę podawały pierwsze komunikaty organizatora. Finalnie Martin wystąpił o 1 w nocy, ale sam fakt ciągłej zmiany godzin seta jest łatwym sposobem na podirytowanie fanów. Jednak patrząc na story artysty – mnóstwo osób zdecydowało się wrócić, a zabawy jednak trochę zazdroszczę.

Panika wśród ludzi trwała w najlepsze. Pomimo tego, że pociągi podmiejskie jeździły co 15-20 min, ludzie pchali się na siebie, by tylko móc wejść do jednego z wagonów. W pewnym momencie ten napór na tyle mi przeszkadzał z przedostania się z tłumu do stojącego na przeciwko mnie składu, że musiałam to głośno i wulgarnie skomentować. Wewnątrz podirytowani Open’erowicze nie wypowiadali się o agencji organizującej festiwal z miłością. Na jednym z okien wypisano nawet wulgarną sentencję, którą mogliście zobaczyć w naszej relacji na Instagramowym story.

O co tyle jęku, bogole?

Ta strona internetu, która uważa się za fajniejszą, bo omija komercyjne spędy cieszyła się z tego, co się stało. Osobiście nie rozpuściłam się w deszczu, jednak brak płynnego przekazywania informacji i sprzeczne komunikaty nie podobały mi się. To dobrze, że organizator nie chciał narazić imprezowiczów, jak i artystów na ewentualne szkody. Jednak stwierdziłam też, że nie będę czerpała żadnej korzyści z zabawy będąc w takim stanie, a też nie chciałam przez to podupaść na zdrowiu. Mam wiele zobowiązań, planów, których nie chcę zrujnować sobie jednym koncertem. Jednak mam wrażenie, że problem i hejt zrodził się gdzie indziej. Gorzej miały osoby czekające na terenie festiwalu bądź te, które chciały jechać na lotnisko, bądź z niego wrócić w momencie, gdy ogłoszono ewakuację.

Na bieżąco kontaktowałam się ze znajomymi, który już wcześniej wylądowali na Kossakowie. W pierwszej godzinie miałam wrażenie, że my – osoby na dworcu wiedzą więcej na temat przyszłości dzisiejszego dnia na Open’erze. Ale historie z autobusów rozwaliły mnie na łopatki. Ludzie, którym udało się jechać w czasie ogłoszenia ewakuacji imprezy na teren lotniska mieli być zostawiani w połowie drogi, bądź błagać kierowców, by mogli oni zawrócić do punktu początkowego. Niektórzy zdecydowali się na to, inni zasłaniali się odgórnymi zaleceniami jakie dostali. Będąc już w hotelu trafiłyśmy na kolejną uczestniczkę, która w tym czasie wracała do Gdyni Głównej. Zostali oni wysadzeni w nieznanym im miejscu, a by dotrzeć na dworzec PKP, zdecydowała się złapać stopa.

Dziwna sytuacja z autobusami naraziła uczestników na dodatkowe koszty, jak i panikę, bądź po prostu wkurzenie się na zaistniałą sytuację. Nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy za takie cyrki odpowiada podwykonawca, czy jedna z decyzji organizatora spowodowała takie zamieszanie. Jednak jeśli gwarantowany jest bezpieczny transport w obie strony, to tym bardziej powinien on tym bardziej zadziałać w sytuacji kryzysowej. Nie uwierzyłabym w to, czytając o tym na Twitterze pełnym trolli czy słysząc jedną historie w tłumie bądź pociągu. Jednak kilka osób swoje historie opowiedziało mi prosto w twarz.

Co w zamian?

Jestem świadoma, że taka sytuacja to strata zarówno dla uczestników, jak i organizatorów. Większość artystów już była na terenie bądź w hotelach. Noclegi, transporty, zaliczki popłacone. Ludzie wkurzeni, wielu nawet nie dotarło na teren imprezy, więc domagają się zwrotu kosztów. Jednak festiwale takie są, że nikt nie patrzy, czy jedziesz na jednego artystę, czy bawisz się od pierwszych minut od otwarcia bram, aż do momentu wyproszenia z powodu zbyt później godziny. Najważniejszy jest przelew za wejściówkę, co nie powinno jednak dziwić nikogo – żaden promotor nie jest wszak instytucją charytatywną.

AlterArt mógłby powiedzieć – zresztą zgodnie z regulaminem, na który zgodził się każdy nabywca biletu – że pogoda to nie ich wina i z rekompensaty nici. Jednakże organizatorzy zdecydowali się na rekompensaty, dzięki którym mają pewność, że za rok ktoś z tegorocznych uczestników pojawi się ponownie. Znając życie, sama skorzystam z tej okazji. Wszak to właśnie na Opene’rze nadal najczęściej lądują gwiazdy, które omijają klubowymi / stadionowymi trasami Polskę.

Jednak PR w obecnych czasach jest ważny, a Open’er po ilości ciepłych inaczej słów się o tym przekonał na własnej skórze. Na social mediach zostały wyłączone komentarze, a ludzie swoje emocje przenosili na personalne media społecznościowe. Dlatego zagrano metodą win-win -organizator fizycznie pieniędzy nie odda, a w ramach rekompensaty ludzie otrzymają vouchery. Przypomnijmy, że 1 lipca był jedynym w pełni wyprzedanym dniem tej edycji, więc potencjalne straty wizerunkowe i finansowe mogą, bądź mogły być duże. Alternatywną opcją jest skorzystanie z ostatniego dnia imprezy, posiadając piątkową opaskę. Jednak jest to dobra sprawa jedynie dla uczestników z okolic Trójmiasta bądź ludzi, którzy lubią spontaniczną zmianę planów. Z hotelami i przedłużeniem noclegu, ze względu na ciągle trwający festiwal i sezon wakacyjny może być ciężko. Poza tym ludzie też mają swoje plany, obowiązki, które często są ważniejsze od dobrej zabawy i wypoczynku.

My będziemy na miejscu jeszcze podczas ostatniego dnia festiwalu. Sprawdzajcie naszą relację na Instagramie!

Total
16
Shares
☕ Postawisz nam kawusię?