kontakt

Są ludzie, którzy wolą słuchać muzyki w domowym zaciszu. Są też fani zabawy w tłumach na koncertach, festiwalach czy w klubach. Uwielbiam uczestniczyć w takich wydarzeniach, jednak na co dzień również nie zdejmuje słuchawek, a różnorakie sety towarzyszą mi przy pracy. W czasie przedpandemicznym, a dokładnie w 2019 roku odwiedziłam mnóstwo imprez zarówno w całej Polsce, jak i w stolicy – mieście, w którym mieszkam.

Warszawie nigdy nie brakuje muzycznych atrakcji, jednak ostatnie światowe zawirowania zmieniły trochę lokalną scenę. Niektóre miejscówki zniknęły z mapy, inne zaczęły swoje działanie. Dosyć nowym przybytkiem na stołecznej mapie jest Praga Centrum, którą odwiedzam regularnie i zawsze miło mi się do niej wraca. Podczas minionych wakacji miejsce to odwiedziło mnóstwo popowych czy rapowych artystów w ramach akcji “Lato na Pradze”. W ostatnim czasie na ulicy Szwedzkiej co chwilę grają cenieni reprezentanci muzyki elektronicznej. Przez kilkanaście miesięcy miałam okazję uczestniczyć w występach niemal każdego gatunku – od techno, house, uk bassu, przez drum and bass czy hardbass i hardstyle. Podsumowanie tych wydarzeń będziecie mogli przeczytać w poniższym tekście.

Chase & Status

Od kilku lat pragnęłam zobaczyć Brytyjczyków w akcji, jednak dopiero w 2019 roku trafiłam na set jednego z projektów, który wciągnął mnie w świat drum and bassu. To właśnie występ Chase & Status, a dokładniej Saula (Chase) i MC Rage’a był powodem, dzięki któremu pierwszy raz trafiłam na Pragę Centrum.

To były początki tego miejsca na mapie Warszawy. Jak dobrze pamiętam, w czasie, gdy agencja Illegalbreaks ogłosiła ten booking, było to jedno z pierwszych wydarzeń, jakie miało oficjalnie tam miejsce, a fanpage PC nie miał nawet setki like’ów. Początkową fazę tego projektu wskazywał również stan samego budynku. W środku – prócz sceny, baru znajdującego się na przeciwko jej (obecnie jest w innym miejscu) oraz długich, czerwonych zasłon w charakterystycznych oknach – nie było żadnych dekoracji. Co prawda surowość cegieł idealnie pasowała do klimatu występu, jednak w ciągu dwóch lat to miejsce diametralnie się zmieniło. Ale o tym, co nowego zaczęło oferować to miejsce, dowiecie się w trakcie tego tekstu.

Kilka słów o występie. Trudno po takim czasie obiektywnie i szczegółowo opisać seta, jednak pamiętam, że selekcja była godna, a przy barierkach nie potrafiłam przestać przebierać nogami. Usłyszeć “No Problem” czy “Blind Faith” w tłumie lub VIP edity innych ulubionych utworów to piękne jest uczucie. Jednak set Chase and Status utwierdził mnie w tym, że nie polubię się na żywo z MCs. Co prawda znam i szanuje genezę takich osób, szczególnie w drum and bassie, jednak mnie do zabawy przy dobrych utworach zachęcać nie trzeba.

Camo & Krooked

Chwila przed lockdownem, a w powietrzu panika koronawirusowa trwa. Jednak 29 lutego jeszcze zdążyłam potupać do selekcji Camo & Krooked. Co prawda wcześniej jakoś nie ciągnęło mnie do twórczości tego duetu, dzięki ciekawości i głodowi “połamanych” klimatów kupiłam w pierwszej puli bilet na imprezę. Ten wieczór spowodował, że zakochałam się w brzmieniach, jakie prezentują Austriacy i do dnia dzisiejszego śledzę ich karierę. Najważniejszym highlightem tej nocy było “Opus” Erica Prydza, które w bootlegu Reinharda i Markusa podbiło moje serce.

Praga Centrum nadal była w dość surowym stanie, wczesnym stadium swojego rozwoju. Jednak, tak jak i przy poprzednim występie uważam, że nie przeszkadzało to, a nawet uzupełniało klimatem gatunek reprezentowany tego wieczoru na scenie.

Electronic Lunch

Pierwszy raz w innych klimatach na Pradze. Dzięki uprzejmości Follow The Step redakcyjnie zahaczyłam o jedną z imprez z cyklu Electronic Lunch. Melodyjne popołudnie i wieczór umilały polskie i niemieckie aliasy. Tego dnia moim faworytem była Sarah Wild, która swoim występem wpasowała się wręcz idealnie w przyjemny, lipcowy dzień.

Tego dnia również miałam okazję zobaczyć, jak Praga Centrum się rozwinęła w ciągu kilku miesięcy. Osoby odpowiedzialne za to miejsce wykorzystały sytuację niepewności na scenie eventowej i zgarnęły większość kluczowych (głównie popowych i rapowych) bookingów. Te oto występy grane były w ramach serii “Lato na Pradze”, a na ich potrzebę zbudowano na zewnątrz drugą scenę oraz zaaranżowano ogródek z barem. Weekendowym występom towarzyszyły również Śniadania na Pradze, w ramach których można było sprawdzić na swoich podniebieniach oferty różnych foodtrucków. Przy tej strefie na drzewach wisiały różne światełka i ozdoby, które wieczorem robiły doskonały klimat.

W środku też zaczynały się zmiany, jednak na nie zwróciłam uwagę dopiero we wrześniu. To właśnie wtedy przypadkowo odbyłam mini maraton koncertowy, tym razem wewnątrz – już wtedy – kompleksu rozrywkowego.

Dimension

Jak możecie domyślić się po występach, w których miałam okazję uczestniczyć – drum and bass wtedy w sercu mi grał. Tak a nie inaczej los chciał, że w 2019 i 2020 roku nadrabiałam zaległości koncertowe w tym gatunku. Przez obawę o ponowne zamknięcie branży stało się tak, że dwa razy w ciągu miesiąca uczestniczyłam w koncertach Dimensiona. Ten artysta to jeden z reprezentantów liquid drum and bassu, którego śledzę od kilku lat. Na twórczość tego brytyjczyka trafiłam dzięki jego remiksowi “International” Chase & Status. Wtedy jeszcze młody Rob wydawał w ich wytwórni MTA Records, aż w końcu sam stał się dużym nazwiskiem na tej scenie.

Po latach czekania trafiłam na info, że w końcu usłyszę go w Warszawie. Miało to mieć miejsce na wiosnę 2020 roku, jednak – jak się domyślacie – pandemia pokrzyżowała te plany. Po tym, jak zabookowano go na początek września w Poznaniu, a pod koniec tego samego miesiąca w Warszawie stwierdziłam “jeśli nie zamkną wszystkiego, to najwyżej będę na dwóch setach”. I tak, po mocnym występie na Nocnym Targu Towarzyskim wylądowałam i w Pradze Centrum.

Co prawda Rob grał w budynku, jednak przed jego występem wraz ze znajomymi bawiliśmy się na zewnątrz. To właśnie wtedy pierwszy raz dogłębnie zwiedziłam Pragę Centrum na zewnątrz. Prócz części z foodtruckami odkryłam “wesoły autobus” – czyli kreatywne podejście do wypełnienia przestrzeni. Za budynkiem, w części między strefą z jedzeniem, a drugą sceną stał ozdobiony dekoracjami stary autobus, w środku którego z nagłośnienia można było słuchać tego, co się działo w tym czasie w murach klubu. Na zewnątrz również stoi mnóstwo miejsc, gdzie można odpocząć – czy to wzniesienia, czy to stoliki z krzesłami, jak i różnego rodzaju pufy i stołki.

W środku ogromne zmiany. Bar względem pierwszych odwiedzin zmienił lokalizacje i został oddzielony od strefy ze sceną. Przestrzeń dostała dużo klimatycznych dekoracji, rzeźb, obrazów czy stref odpoczynku. W tym czasie na ścianie oddzielającej widniała duża, podświetlana ozdobna listwa. Na ścianach obok niej widniały obrazy, ramy i inne artystyczne formy, które w dzień klimatycznie uzupełniały wnętrze Pragi Centrum. Taki rozwój się szanuje!

Dimension z seta na set coraz bardziej się rozkręcał. To był czas, gdy grał utwory z nadchodzącego albumu, jednak nie zapominał o premierach, które w tym czasie wyszły. W murach klubu nie zabrakło szału podczas “Driver” od Pendulum czy “Air I Breathe” Sub Focusa i Wilkinsona. Nie bez powodu brytyjczyk w ostatnich latach tak podbił serca fanów liquid drum and bassu.

Mark Knight

26 września, dzień po drum and bassowym podboju jednego z głośniejszych miejsc na mapie Warszawy w 2020 roku, do Pragi Centrum zawitał Mark Knight. Król house właśnie tutaj zaliczył swój pierwszy występ po pandemii. Ulubieniec polskiej publiczności – bo jak inaczej określi artystę, który od kilku lat regularnie wraca do stolicy – był na tyle głodny grania, że ciągle przedłużał swojego seta. Na ile dobrze pamiętam, właściciel Toolroom Records miał grać 2 godziny, a jego występ przedłużył się o dobrą godzinę. To była doskonała noc pełna muzyki, przy której trudno wystać w miejscu!

Święty Bass

Koncertowy sezon po drugiej stronie Wisły zaczęłam w bassowych klimatach. Co prawda Ci, co śledzą mnie w sieci mogli zauważyć, że druga połowa tego roku zaciągnęła mnie w zupełnie inne, skrajne od wysokich BPMów strony. Jednak Święty Bass jest dla mnie odkryciem roku i tym, na co czekałam na polskiej scenie. Co nie co na temat tego projektu skrobnęłam tutaj.

Zawsze byłam zafascynowana muzyczną sceną UK, a dzięki Miłemu ATZ i Phunk’illowi możemy tego zaznać na żywo, w niemalże każdym zakątku Polski. W Pradze Centrum nie brakowało krzyczenia “Pull Up” czy pogo co chwilę, w publiczność nie mogła oderwać się od zabawy. Równie dobre zamieszanie odbyło się podczas wejścia Truss Me Daddy za decki, którzy tej nocy byli supportem Świętego Bassu. Z wydarzenia wyszłam wymęczona i szczęśliwa, a towarzyszące mi osoby z pewnością mogą podzielić mój entuzjazm związany z imprezą.

Netsky

W relacji z FEST Festival 2021 pisałam, że drum and bass już mnie nie jara. Tak bardzo mnie on nie obchodzi, że miesiąc od festiwalu poleciałam do Pragi Centrum na… występ Netsky’a. Tu akurat mam dobrą wymówkę – bilet zakupiony w pandemicznych czasach nie mógł się zmarnować. Szkoda też było mi go odsprzedawać, bo uczestnictwo w secie Belga od lat było moim małym marzeniem. To na transmisjach z Tomorrowlandu odpuszczałam sobie inne sceny, gdy tylko mogłam oglądać i słuchać tej sygnowanej aliasem Borisa. I tak – 10 września znalazłam się w szalonym tłumie oraz w miejscu, który klimatem idealnie pasuje do takich dźwięków.

Idąc wprost na seta Netsky’a (sorka polska ekipo, tym razem odpuściłam wasz support) domyślałam się, że może być bardziej komercyjnie i się bardzo przeliczyłam. Po tej imprezie uważam, że Boris idealnie potrafi wyczuć publiczność i dał najlepszego seta w klimatach drum and bassowych w Pradze Centrum, co też podzielała publiczność. Wszyscy, bez wyjątku, dawali z siebie wszystkie swoje siły, a ja wraz nimi co chwilę przemieszczałam się z prawej na lewą stronę sceny i odwrotnie. Ostatnim razem z przyjemnością w takim czymś miałam okazję brać w 2019 roku na Torwarze, gdy występowali Die Antwoord. Uwielbiam takie tłumy ludzi, którzy wiedzą, po co i na kogo przyszli.

Jednak wracając do Netsky – set mnie bardzo pozytywnie zaskoczył. W ciągu dwóch godzin ciągle narastała ilość BPMów. Nie zabrakło klasyków od Belga, nowości i mnóstwa tegorocznych utworów kolegów po fachu, jak i… polskiego akcentu. Boris wczuł się w Polskie gusta i zafundował publiczności “Kiss Cam” od Maty. Były też remiksy Bicep’ów, czy Portera Robinsona, które podbiły moją progresywną duszę.

A na dokładkę Boris zbombardował Pragę Centrum. Wycelował on pociski, których szczerze się nie spodziewałam. Najpierw dostaliśmy mocnymi drum and bassowymi klasykami takimi jak m.in. Tap Ho, a potem nie brakowało najtwardszych dźwięków od takich artystów jak The Prodigy czy DJ Snake. Headbangowania tej nocy się nie spodziewałam, a to przeżyłam. Całość zakończono klamrą kompozycyjną, którą był utwór Netsky z jego ostatniego albumu, który nagrał wraz z Becky Hill.

Reinier Zonneveld

Przechodzimy do tego, co w 2021 roku Julka lubi najbardziej. Ostatnie miesiące stoją u mnie pod znakiem bardziej deepowych klimatów, a techno także często towarzyszyło na słuchawkach. Jednak pomimo polubienia się z tym gatunkiem dopiero pod koniec 2020, tak Reiniera śledzę już ponad 3 lata, kiedy to trafiłam na “Church of Clubmusic”. Po cichu liczyłam na jego powrót na FESTa (bo na pierwszej edycji odwiedził on Park Śląski). Miałam też w planach rumuński Saga Festival, jednak plany zostały mi pokrzyżowane i musiałam zrezygnować z wyjazdu. Jednak miłym zdziwieniem był jego booking w – a jakże – Pradze Centrum.

Sala była wypchana ludźmi jeszcze przed setem Holendra. Jednak to show wieczoru sprawiło, że trudno było wypatrzeć niezadowoloną z obecności w tłumie osobę. Występ Zonnevelda mnie oczarował. Przez dwie godziny miałam przyjemność odlecieć myślami przy dawce przyjemnych, energetycznych dźwięków. Smaku do tego wszystkiego dodawał fakt, że było to live act. Nie zabrakło oczywiście mile odebranych przez tłum kolaboracji z Oliverem Heldensem, jak i solowych utworów od HI-LO. Na koniec artysta zostawił to, na co wszyscy czekali – znane i lubiane “Hard Gaan”.

Przy tym wystepie chętnie zatrzymam się przy oświetleniu, jakie oferuje Praga Centrum. Wcześniej często trafiałam w tłum w miejsca bliżej sceny, jednak FEST nauczył mnie, że najlepsze czeka na końcu przestrzeni. Dzięki temu 25 września zwracałam większą uwagę na efekty świetlne, które dodawały klimatu imprezie, będąc kropką nad i całego wydarzenia.

Russian Village Boys

Raz techno, raz hardbass, a za chwilę będzie znowu techno. Taki to mam śmieszny gust. Co prawda to, że nabyłam bilety na RVB było… przypadkiem, impulsem. Kiedy wystartowała sprzedaż wejściówek na mini-trasę Holendrów po Polsce, zostałam przez znajomych zachęcona do uczestnictwa. W pierwszej puli bilet kosztował grosze, a impreza miała mieć miejsce niedaleko mojej piwnicy, czyli w Progresji.

Jednak z powodów pandemicznych wydarzenie było kilka razy przekładane. Kilka razy z powodu lockdownu, w innym czasie z niemożności wjazdu artystów na teren naszego kraju. Zabawnie. W końcu nadszedł ten dzień, który… pokrywał się z Qlimaxem, w którym miałam uczestniczyć. Odwołanie zagranicznej imprezy pomogło mi z pogodzeniem się z myślą, że nie umiem się teleportować lub rozdwoić.

To wydarzenie było kolejnym, które potwierdza moją cichą zasadę – im mniej mi się chce lecieć danego wieczoru się bawić, tym później mnie czeka lepsza impreza. Tym razem zaczęła się ona wcześnie, bo już po godzinie 20. Support przed gwiazdami wieczoru dał DJ Blyatman, który wykręcił ilość BPMów do niepoliczalnych wartości. Po pół godzinie solidnej rozgrzewki wśród wiernego tłumu przyszedł czas na gwiazdy wieczoru. Co do ludu, który zgromadził się tego wieczoru w murach Pragi Centrum – był to istny zlot Słowian. Większość z nich miało charakterystyczne dresy czy inne elementy ubioru rodem wyjęte z memów o Rosji. W takim właśnie odzieniu przez cały koncert Russian Village Boys można było zobaczyć – dosłownie – wariujący tłum. Mające miejsce mienal co chwilę pogo było takie, jakie to miejsce nigdy nie widziało. Praktycznie cała sala rzucała się na siebie podczas ostatnich minut występu. Smaczku dodaje fakt, że był on co chwilę przedłużany licznymi bisami. Artyści w trakcie koncertu świetnie integrowali się z publicznością, wygłupiali się, a pewien rekwizyt sprawiał, że byli jednorożcami. Z humorkiem tego typu, jak to pewien klasyk powiedział.

Od strony tracklisty też nie było na co narzekać. Russian Village Boys zaserwowali nam klasyki ze swojego repertuaru, kolaborację z m.in. Mr Polską czy Paulem Elstakiem, jak i pokusili się o premierę nadchodzących utworów. Zupełnie nie czułam, by czegoś muzycznie brakowało. Jeśli nawet, to publiczność i atmosfera nadrabiała te ubytki.

Boys Noize

Ledwo kilka godzin po hardowym szaleństwie, za decki Pragi Centrum wszedł Boys Noize. Niemiec głównie jest kojarzony ze współpracy ze Skrillexem, jednak uważam, że jego solowy projekt jest zbyt niedoceniany. Na co go stać pokazał już na FEST Festivalu, przy tym swoim występem otwierając elektroniczną część festiwalu, jaką była Arena Stage. W tym tekście możecie przekonać się, jakie wrażenie na mnie wywarł tego set.

BN powtórzył to w Pradze Centrum, jednak dodając dodatkowe 30 minut show. Przez półtorej godziny serwowane były cięższe dźwięki, które spowodowały, że łatwo wpadłam w trans. Wraz z ostatnimi minutami koncertu tempo wzrastało, przez co trudno było zejść z parkietu. Niemiec perfekcyjnie miksuje klimaty techno i house, a warszawski występ zakończył jednym z klasyczków sprzed lat. Ciary przeszły, gdy tylko usłyszałam “Killer” Seala w wersji Adamskiego.

Podsumowanie

Kruci, jest mi naprawdę miło widzieć, że na mapie Warszawy powstało miejsce – gdzie pomimo lokalizacji, jaką jest sławetna Praga – nie boję się skoczyć na dobrą dawkę muzyki. Większość osób odwiedzających mury tego przybytku wie, po co tam jest. W końcu powstało miejsce, które gromadzi fanów, a nie amatorów nocnych zabaw.

Praktycznie co tydzień możemy oczekiwać imprezy z czołowym lineupem czy zagranicznymi talentami. Jednak Praga Centrum nie tylko elektroniką żyje. To też miejsce, które przez dwie edycje “Lata na Pradze” gościło setki uznanych polskich artystów, reprezentujących szeroki zakres gatunków muzycznych. Specjalnie powstała na tą okoliczność zewnętrzna scena ma swój wyjątkowy klimat – mury budynku połączone z drewnem i zielenią są przyjemne dla oka. Osobiście przestrzeń ta przypomina mi mniejsze sceny na festiwalach. Klimat FESTa w środku miasta? Czemu nie!

Co prawda jak mamy czołowych artystów, tak i ceny są coraz wyższe. Za pierwsze bilety w początkowych pulach – wspominając występ Chase and Status czy Camo and Krooked – nie wydałam więcej, niż 30 zł. W tym momencie za wejściówki nawiększość wydarzeń z zagranicznymi headlinerami – przykładowo Boys Noize czy Kolsch – wydamy minimalnie 50 zł. Gdy już mówimy o takich ulubieńcach publiczności, jak Renier Zonneveld, Kollektiv Turmstrasse, Adam Beyer czy Enrico Sangiuliano, za mniej już 100 zł raczej się nie pobawimy. Będąc muzycznym freakiem wydatek takich kwot co weekend może się nie uśmiechać, jednak cieszmy się dobrym bookingami – im więcej takich, tym lepiej. Tego się trzymajmy!

kontakt