kontakt

Szybko minęło – tak można podsumować nasze wrażenia po tegorocznej edycji Sunrise Festival. Trzeci, a zarazem ostatni dzień festiwalu był wielkim zwieńczeniem elektronicznego weekendu. Jednak po ogromnych problemach jakie przydarzyły się organizatorom, przyszły lepsze momenty – choć tych mniej dobrych też nie zabrakło. Jednak by was nie zalewać kolejnymi wpisami na temat tej imprezy, również w tym tekście podsumujemy cały weekend w Kołobrzegu. Zapraszamy do naszej relacji.

Organizacja

Niedziela była mieszanką udanej soboty i mniej pomyślnego piątku. Powrócił problem z ostatniego dnia imprezy w 2019 roku, czyli niedobory na barze. Jeszcze przed północą nie była dostępna do kupienia woda, co nie powinno mieć miejsca. Jednak sprawa kolejek była w miarę opanowana, tak samo było przy foodtruckach. Jeśli chodzi o płatności – nie zanotowaliśmy problemów.

Dodano napisy na kontenerach, które podpowiadały, co możemy nabyć w danym miejscu. Na plus na pewno dodatkowo stojące foodtrucki, które urozmaicały gamę produktów. Mogliśmy je znaleźć też za White Stage od soboty. W przypadku miejsc, gdzie nabywaliśmy napoje, bardzo brakowało menu. Na imprezach Alter Artu, bądź wydarzeniach Q-Dance wydrukowana lista pozycji możliwych do nabycia wisi przy, bądź w głębi stoiska, a nie brakuje też dodatkowej listy na samym blacie. Podstawowy asortyment alkoholowy oraz bez procentów był dostępny, jednak łatwiej – i dla obsługi, jak i dla zamawiających – byłoby stworzyć stałe menu pokazujące, jakie mamy możliwości wyboru. Co najważniejsze – też pokazującym ceny. Płacąc opaską nie ma tak łatwego wglądu na wydatki, jak przy standardowej płatności kartą.

Na szczęście w niedzielę nikt z lineup’u się nie wysypał, ale były pewne opóźnienia, o których nikt nic nie wiedział. Nagle w aplikacji powiadomień nie było, a jesteśmy świadomi, że Topic dotarł chwilę później za decki. W czasie pierwszych kilkunastu minut slotu Eli Browna, na Blacku spotkaliśmy się z (najprawdopodobniej) spontanicznym b2b dwóch innych członków składu ANTS. 5-10 minutowe obsuwy są czymś naturalnym, ale przy dłużej trwających zmianach informacje są wręcz konieczne.

Od pierwszych chwil

Już od 18 na terenie Podczela wybrzmiewały pierwsze dźwięki, które dobiegały od “mrówek” za sprawą Deeplomatika. Niedługo później wystartowała dość odmienna od innych dni stylistycznie Red Stage. Główne miejsce imprezy otwierał Weikum, który w wielkim stylu bujał publikę. Nie ukrywamy, że łatwo było się zanurzyć w tych klimatach. Dobrą passę melodycznych brzmień podtrzymał Milkwish. O 20:00 wystartowała Blue. Tam popis swoich możliwości dali SI US PLAU. Polski duet otrzymał idealny slot, by zapoznać publikę ze swoim projektem. Chłopaki wykorzystali to w dobry sposób. Ich selekcja oraz energia przypadła do gustu dużej części publiki w tym czasie. Takie debiuty na deskach dużych imprez bardzo szanujemy!

Jednak festiwalowa niedziela zaczęła się dla wielu osób dopiero o godzinie 21:00. Wtedy za decki weszły – dla wielu – najbardziej wyczekiwane kąski. Na Red Stage popis dawał w tym czasie Jax Jones, który przeniósł na publikę dużą dawkę energii, w której przeważały house’owe brzmienia. U Brytyjczyka nie brakowało jego hitów, jak i innych popularnych produkcji w licznych remiksach. Usłyszeć mogliśmy wiele niezłych mashupów, w tym chociażby “Satisfaction” połączone z “Levitiating” Dua Lipy czy bassowy edit “Seven Nation Army”. Jego różnorodna selekcja mogła przypaść do gustu słuchaczom, którzy lubią się bawić przy wielu gatunkach.

Odpalamy wrotki

Zaraz obok głównej sceny oddzielonej kontenerami, swój debiut w Polsce zaliczył Tokyo Machine. Znany z energicznych, bassowych produkcji artysta pod sceną sprowadził pokaźną ilość fanów. To wszystko biorąc pod uwagę nazwy grające na innych scenach (w tym DJa Krisa), czy specyfikę reprezetowanego gatunku. W jego secie nie brakowało produkcji ze stajni Monstercat, gdzie często wydaje również swoją twórczość. Jeśli ktoś się obawiał przesłodzonego grania, to był w błędzie. Pomimo wczesnych godzin, w selekcji nie brakowało mocniejszych, dubstepowych dział. W połowie występu do Tokyo dołączył Guy Arthur. Panowie wspólnie zagrali swoje “Get Up”, które jest jedną z najpopularnieszych produkcji obu panów. Jednak dzisiejszego dnia to był dopiero początek mocniejszych brzmień.

EDM przejmuje Blue Stage, a mrówki – Black

Drugi na Blue Stage zameldował się duet DJ Kuba & Neitan. Publiczność liczyła na wiele festiwalowych bangerów. Na to oczekiwanie Polacy odpowiedzieli aż w nadmiarze. Ostatnie minuty tego seta zasługują na szczególną uwagę. Duo zagrało legendarne “Adagio For Strings”, które wypadło świetnie w połączeniu z prezentowanymi efektami wizualnymi. Co ciekawe, panowie przedłużyli swojego seta o 20 minut, z powodu opóźnień Topica w dotarciu na teren. Twórca “Breaking Me” zaskoczył polską publikę dużą ilością tech house’owych brzmień – szczególnie porównując poprzednie sety, które są dostępne w sieci. Chorwacko-niemiecki producent zawarł w swojej selekcji też brzmienia future rave, w tym alternatywne wersje komercyjnych hitów “Your Love 9PM” czy “In Your Arms”. Mimo to występ nie wszystkim przypadł do gustu, przez to w tłumie można było słyszeć gwizdy w kierunku artysty.

Ze względu na lekką obsuwę Topic grał ostatecznie paręnaście minut krócej. Zgodnie z planem 30 minut po północy wystąpił duet VINAI, który zastąpił wcześniej ogłoszonego Chuckie’go. Alias znany z komercyjnych produkcji mógł nie zachęcać do uczestnictwa w ich występie. Jednak było to mylne założenie. Panowie niespodziewanie roznieśli scenę Blue, nie unikając mocnych klimatów. Big room, hardcore, euphoric hardstyle, hardtrap a nawet dubstep. Każdy miłośnik takiej muzyki, który nie dotarł na Silver Stage w tym momencie, z pewnością miło wspomina dość nieoczywisty występ Włochów.

ANTS swój debiut na Sunrise zaliczyli w 2019. Jak widać zarówno organizatorom, jak i kolektywowi spodobała się wspólna inicjatywa. Tym razem “mrówki” zawitały w o wiele większym składzie. Nie zabrakło b2b, jak i nawet b3b. Wsród solidnego składu, który pokazał, jak się buja na Ibizie, znalazły się takie tuzy jak Eli Brown i Kölsch. Ten statni zamykał tegoroczną Black Stage, serwując odpowiednie dźwięki, by odpłynąć przy wschodzie słońca. Nam szczególnie przypadła do gustu selekcja Goncalo.

Debiut dubstepu na pełnej

Po Tokim za decki Silver Stage wszedł Modestep. Josh, pomimo drugiego slotu, dał po garach – otrzymaliśmy solidne dubstepowe brzmienia, w tym klasyki gatunku. Po godzinie tak solidnego hadbangowania plecy już mogły dawać o sobie znać. Dlatego artysta zadbał o to i zakończył… w drum and basowych klimatach. Nie brakowało ikonicznego “No Problem” Chase & Status, “Here With Me” Delta Heavy i The Prototypes czy liquidowych kąsków.

Następnie moc pokazał Borgore. Jedna z dawniej najbardziej rozpoznawalnych nazw tego gatunku podtrzymała energię poprzednika. Przy tym nie brakowało jego największych hitów, w tym ikonicznego “Decisions” z Miley Cyrus na wokalu. Nie wspominamy, że nie brakowało charakterystycznego dla dubstepu pogo. I to nie raz, nie dwa, a nawet nie trzy razy.

Pałeczkę, znaczy decki przejęła reprezentacja Barong Family. Na Yellow Claw zebrała się spora grupka entuzjastów mocniejszych klimatów. W początkowej fazie seta duża wyrwa w środku publiczności zaburzała odbiór frekwencji. Jednak to za sprawą ciągłych moshpitów, na które publika była bez końca gotowa. Panowie nakręcali publikę już w pierwszych minutach, serwując mocne trapowe klimaty, przy których ciężko było stać obojętnie. Fajnym gestem było rzucenie paru fantów w publiczności z poziomu decków, między innymi strojów kąpielowych.

Niestety, im później, tym mniej publiki. Zamykający slot otrzymał NGHTMRE, nakładając się przy tym na wielu innych headlinerów danych scen. Jednak pomimo małej, lecz oddanej rzeszy publiki, Amerykanin pokazał niesamowitą energię. Naprawdę cieszy nas taki obrót spraw.

Alternatywna do czerwoności

Skład Reda w niedzielę to kąsek dla tej bardziej świadomej publiki. Zaczynając od Fatboy Slima, który zaprezentował się w mocniejszym stylu, niż wielu mogłoby zakładać. Wielu wyczekiwało na Paula Kalkbrennera, który w zeszłym roku również zaprezentował się na FEST Festivalu. Publika odleciała przy działaniach Niemca, a w sieci nie brakuje komentarzy o najlepszym secie. Tego dnia, bądź nawet i życia. Następnie za stery wpadł Eric Prydz. Szwed progresywnymi brzmieniami oraz klimatycznymi wizualizacjami podtrzymał wyjątkowy klimat czerwonej sceny. Wisienką na torcie było ikoniczne “Opus”, któremu towarzyszył wschód słońca.

Co ciekawe, nasz fotograf na jednym z ostatnich setów tej sceny zobaczył inetresujący sposób na polepszenie widoku. Jedna z par stała wyżej dzięki… beczce. Kreatywność tłumu nigdy nas nie zdziwi.

Powrót na Blue

Przechodzimy do twórcy, który utożsamiany jest ze słotym okresem bigroomu. Chodzi tu o Ummeta Ozcana. Holender zagrał przyjemnego seta, który nie obył się bez klasyków z jego dyskografii. Już przy relacji z FEST Festivalu wspominaliśmy o jego muzycznej przemianie. Tu również nie zabrakło nowych produkcji.

Jednak wiele osób pod koniec występu nie mogła już się doczekać wisienki na torcie sceny Blue – a był nią Nicky Romero.

O 2:30 pojawił się z jeden ulubieńców polskich fanów progressive house. Holender przez pierwszą część seta prezentował bardziej klubową selekcję, która i tak rozpaliła publikę do czerwoności. Z czasem jednak zaczęły pojawiać się ikoniczne progresywne produkcje z jego wytwórni, Nie zabrakło “Lift” czy “Heartbeat”. Całość dopełniały dość oryginalne animacje w tle, połączone ze świetną energią publiki. Nie zabrakło również przynajmniej jednego utworu Martina Garrixa, co jest standardem w setach Romero. Tym razem było to “Starlight”. Takich brzmień nadal szuka się na festiwalach, co potwierdzał pękający w szwach parkiet sceny Blue.

Sceny

Główna przez weekend

W ciągu ostatnich trzech dni dużo przeszło przemyśleń w naszym redakcyjnym gronie. Zaczniemy od zastrzeżeń, bądź pomysłów dotyczących ulepszenia zaproponowanych konstrukcji. Bo nie ukrywajmy – są to bardzo kreatywne (w większości) projekty.

Największym potworem był Red. Rozciągający się na 60 metrów ekran był minimalistyczną konstrukcją. Na górze i jego dole zawarto światła, a zza artystą widoczna była kontynuacja ledowego billboardu. Co ciekawe, w sobotę zabrakło wyświetlacza zakrywającego DJkę. Część naszego składu uważa ten zabieg na plus, inni woleli pierwotną wersję. Przez prostokątną budowę trzeba było poczekać, by czerwona scena zachwyciła sama z siebie. Prócz stworzonych przez zespół festiwalu wizualizacji, wielu artystów miało bardzo proste animacje, replikowane jako trzy kwadraty. U niektórych było to jedynie subtelne tło do prezentowanej selekcji, jednak między innymi Alesso, David Guetta, Jax Jones czy Eric Prydz pokazali, jak odpowiednio wykorzystać taką przestrzeń do wkomponowania go w całe show. “Creamfields w domu” na pewno zyskałoby, jakby było jeszcze szersze. Jednak pomimo – jak na polskie warunki – rozmachu, to nie był nasz faworyt.

Nowatorsko

Blue Stage zasługuje na pochwały. Była to naprawdę (jak na nasz rynek) nowatorska konstrukcja. Zaginające się do środka ekrany robiły robotę – choć oczywiście dało się lepiej. Górna część została uzupełniona światłami, które w nocy dawały wizualnie radę, jednak brakowało tam zakończenia, uzupełnienia w postaci małego paska ekranu. Nie dało się nie odnieść wrażenia, że ten projekt też lepiej przyjmował wizualizacje – zyskiwały nawet te prostsze. Niebieska scena w większej wersji mogłaby godnie zastępować nawet główną arenę.

I tu kończymy z inspiracjami zachodem zza wody, mniejszej bądź większej. Duże ekrany, widoczna tożsamość konstrukcji z między innymi Ultra, Creamfields, Coachelli miały miejsce tylko na dwóch scenach. Reszta konstrukcji to już inna bajka. Minimalistyczna Black miała swój urok, pasowała do prezentowanego gatunku i przypominała mi to, co prezentowała w ubiegłym roku Smolna na swojej przestrzeni w ramach FEST Festivalu.

W dawnym stylu

White to recykling z 2019 roku, a ulepszeń trudno było się dopatrzeć. Był to jednak naprawdę fajny projekt, który dobrze się wspomina. Tutaj już bardziej idziemy w klimaty bliższe konstrukcjom Tomorrowland, gdzie ekrany są dodatkiem, a robotę mają robić stałe elementy. Do tego znane od lat mapowane maski, które przez lata były symbolem Sunrise. Dlaczego były? Bo powoli zanikają na festiwalu. Jedyną nową konstrukcją, która ją posiadała, był Silver Stage.

Tu musimy wycofać swoje obawy, które miały miejsce kilka dni temu. Konstrukcja srebrnej sceny dała radę nawet z dubstepowymi klimatami. Mnogość laserów, świateł uzupełniała tempo nadane publice muzyką. Srebrny projekt robił dobre wrażenie zarówno jak i w dzień, tak i w nocy. Tylko jedna sprawa… barierki. Nie wiemy, jak można tak prostą rzecz zepsuć. Były one lepsze niż w 2019, gdzie stały najzwyklejsze, niezabezpieczone modele. Tym razem były troche solidniejsze, jednak kuły swoim biało czerwonym wyglądem, gdy jeszcze nie zastała noc. Tym razem można było próbować headbangować, jednak zaraz po tym kilka osób z ochrony przychodziło je podtrzymywać i zabezpieczać.

Problematyka konstrukcji

Brak spójności

Mamy wrażenie, że w ostatnich latach sceny na Sunrise straciły swoją spójność. Festiwal idzie w nowym kierunku i na flagowych konstrukcjach bazuje na projektów opierających się na ekranach. Jednak prezentowane są też bardziej ozdobne, grające dekoracjami. Rozłożone na terenie dekoracje, takie jak maska czy ucięta broda z Red Stage w 2019 (którą osobiście interpretowaliśmy jako ogień) do nich pasują, ale czy dobrze komponowała się z główną? Ciekawe były wiszące, kolorowe światła w strefie gastronomicznej, które były neutralne stylistycznie. Jednak na przykład wejście na camping, pomimo, że ciekawe, to klimatem przypominało stylistkę EDC. Wracając do scen – pomieszanie z poplątaniem. Różnorodność jest fajna, ale ograna w dobry sposób. Fajnie by było, gdyby spiąć je stylistycznie. Czy to jak kiedyś maskami, czy może nową formą, która zbudowałaby na nowo branding Sunrise Festival.

Ciekawym zabiegiem również byłoby udekorowanie kontenerów graffiti związanymi z otoczeniem festiwalu, historią miejscowości czy muzyki, kultury jako całości. Jesteśmy świadomi, że inne plany wydarzeń agencji MDT wyklucza powstania malunków typowo nawiązujących do sceny elektronicznej, jednak bardziej uniwersalne projekty wizualnie uatrakcyjniłyby teren pokryty kontenerami. Jeden z naściennych malunków można nawet było już minąć w drodze na teren imprezy, jednak wpasowywał się on bardziej w nadchodzący Sun Festival.

Nie było białego?

Muszę znów to zaznaczyć. Brak oznakowań jest zły, a mylne oznaczenia – jeszcze gorsze. Naprawdę brakuje opisania, w którym kierunku mają kierować się uczestnicy. Mogą to być napisy na kontenerach, ustawione totemy, ale też nie powinno zabraknąć na takim terenie dostępnej mapy. Czy to na terenie w formie fizycznej, rozdawanych ulotek informacyjnych (jak się to robi na imprezach Alter Artu), czy wersji online publikowanej na mediach społecznościowych wydarzenia i w aplikacji. Przy takiej ilości scen powinno być to konieczne.

Na Openerze też nie ma systemu wayfindingu, nad czym ubolewamy. Ale impreza publikuje mapę, do której każdy może mieć swobodny dostęp. Opisane są jedynie Red oraz White Stage, co już mogliśmy zobaczyć podczas The Other Side of The Sun. Przez zamianę Białej i Niebieskiej miejscami, po prostu drugi napis był częściowo mylny. Wskazywał, że White jest w lewą stronę od wyjścia, ale nie znajdowała się bezpośrednio za tymi kontenerami. Kilka osób pytało nas, gdzie i jak się kierować, ale też było wiele takich, które musiały uczyć się na własnym doświadczeniu.

Terenowe sprawy

Prócz Reda, praktycznie każda mniejsza scena nakładała się na siebie. Przy Silverze był z tym najmniejszy problem, gdyż brzmienia ze sceny Black słyszalne były jedynie przy intrach lub wyciszeniach pod koniec danej sekcji seta. Black natomiast to w tym kontekście istna komedia. By bezproblemowo usłyszeć house’owe bądź techno dźwięki, trzeba było stać blisko głośników lub bliżej środkowej kolumny. Z prawej strony słyszeć można było na dwa kanały uszne Black i Blue. Lubisz na lewo? Brzmienia z White witają. Niefajne to.

W obawie o ilość miejsca, na White Stage powiększono w sobotę parkiet. Była to zresztą obawa uzasadniona – co pokazały niedzielne tłumy na setach DJa Krisa, Matysa i (szczególnie) ATB. Black, Red i Silver nie miały problemu z dostępną ilością terenu. No, może w szczycie grania headlinerów robiło trochę ciasno, ale nadal trochę miejsca było. Blue w tym przypadku to najgorzej ulokowana logistycznie scena. Jej parkiet, ograniczony przez kontenery, to jeden z problemów. Drugim jest to, że stoi ona na drodze do White i Black. Jest to podstawowa trasa dla chętnych zabawy na tych dwóch konstrukcjach. Druga biegnie przez strefę gastronomiczną. W przypadku seta Nicky’ego Romero czuło się ścisk, a ludzie próbujący dostać się na kolejne sceny, często się przepychając, nie poprawiały samopoczucia podczas występu Holendra. Zmiana na lepsze będzie trudna logistycznie do ogarnięcia, ale trzymamy kciuki, by to rozważono.

No to jak było?

To na pewno nie był łatwy weekend dla organizatorów Sunrise Festival 2022. Oprócz klasycznych dla wydarzeń tego kalibru sytuacji, takich jak opóźnienia czy rotacje artystów, doszły też problemy definiujące piątkową część wydarzenia. Niestety, kwestie z pierwszego dnia u części osób zostaną w pamięci i będą przypominane chętnie przy okazji jakiegoś błędu organizatorów w przyszłych edycjach. Dobra wiadomość jest jednak taka, że w sobotę problemy z gastronomią i zbyt długimi kolejkami zostały w większości zażegnane. Dzięki temu górę nad niedogodnościami natury organizacyjnej wzięła dobra zabawa. A było się do czego bawić – do wyboru było wszak pięć scen, które na przestrzeni całego weekendu dały sporo atrakcji fanom zdecydowanej większości gatunków składających się na EDM.

Do poprawienia jest na pewno trochę spraw. Mimo to, ubiegły weekend w Podczelu zaliczamy do naprawdę udanych – a to zdanie, bazując na reakcjach w sieci, podziela z pewnością zdecydowana większość uczestników.


Z Podczela relacjonowali Julia Oziemczuk i Seweryn Zaremba

foto: własne / Gromysz / Konrad Welenc

kontakt