kontakt

Odzwyczailiśmy się przez te dwa lata od imprez halowych. Ostatnim tego typu, które odwiedziliśmy, było holenderskie Dediqated (nasza relacja tutaj) w lutym… 2020 roku. W międzyczasie nie brakowało oczywiście tego typu wydarzeń (także w Polsce), jednakże dopiero teraz można je organizować bez zbędnych ograniczeń natury sanitarnej. Pierwsze w kolejce były imprezy Euforii Dźwięku – te jednak odbyły się w mniejszych lokalach choć mieszcząca niemal 2 tysiące ludzi Progresja też do najmniejszych nie należy. Jednakże my na myśli mamy eventy z frekwencją rzędu przynajmniej kilkanaście tysięcy osób. I takie kryterium spełniła dopiero druga elektroniczna halówka zorganizowana po zdjęciu obostrzeń. A była nią opóźniona z covidowych powodów celebracja 1000. epizodu A State Of Trance, kultowej audycji Armina van Buurena.

Pierwotnie planowane na październik ubiegłego roku wydarzenie zostało przeniesione na 12 marca tego roku. Fani muzyki trance musieli więc jeszcze trochę poczekać na pierwszy od 2018 roku polski halowy występ Armina van Buuren’a, postaci generującą wśród fanów szeroko rozumianego EDMu w Polsce mieszane emocje. Jedni uwielbiają go, stawiając go niemalże na pozycji boga, inni – jak na Polaka przystało – narzekają na to, że nie zatrzymał się w 2007 roku i nie gra tak, jak wtedy. Zdania były więc podzielone, a weryfikacja tego miała miejsce w sobotnią noc w największej krakowskiej hali koncertowej. Zacznijmy jednak od początku.

Może być zdjęciem przedstawiającym 14 osób i na świeżym powietrzu

Ludzi nie zabrakło

Na miejscu pojawiliśmy się jeszcze przed otwarciem bram dla chętnych na dobrą zabawę fanów trance’u. Około godziny 17 przed bramkami można było już ujrzeć niemałą gromadę osób czekających już na wejście, które przewidziane było na godzinę 18. Nie był to co prawda tak dziki tłum, jak na starcie Sunrise Festival 2019 (bo i skala inna, a i też pogoda mniej sprzyjająca), ale robiło to wrażenie. Pod arenę wróciliśmy po 18:30 – akurat, aby zdążyć na pierwszy set. Wówczas nie trzeba było zbyt długo czekać na wejście. Kolejki nie należały do jakiś specjalnie długich. Bazując na doświadczeniu z polskiego Don’t Let Daddy Know (nasza relacja tutaj) można rzec wręcz, że nie było ich wcale. I to wszystko pomimo dość dużej, jak na początek imprezy, frekwencji.

Zabawę rozpoczął nasz polski rodzynek – Robbie Seed, który musiał być chyba usatysfakcjonowany ciepłym przyjęciem przez coraz liczniejszą gromadę trancemaniaków, która gromadziła się pod sceną. Nie były to co prawda dzikie tłumy – przynajmniej na początku seta – ale z każdą minutą parkiet był coraz bardziej wypełniony. To z pewnością był jeden z lepszych występów dla Damiana. A jeśli chodzi o muzyczne doznania, to osobiście ustawiłbym ten set dość wysoko w hierarchii, którą zresztą sobie pod koniec tekstu ustalimy. Powód prosty – do uplifting trance’u mam wieloletnią już słabość i trochę ubolewam nad tym, że tego typu brzmienia można było usłyszeć głównie na początku i na końcu imprezy, a także fragmentarycznie w międzyczasie. Tutaj jestem w stanie się zgodzić z co bardziej ortodoksyjnymi polskimi fanami trance’u. Choć też nie do końca, bo gatunek ten ma różne odcienie, co pokazały kolejne występy.

zdjęcie zrobione po godzinie 19

Polaka na scenie zastąpił Czech. ReOrder polskiej trance familii jest znany dość dobrze – ale jako RRDR mieliśmy okazję zobaczyć go po raz pierwszy. Skupiony na bardziej deepowych czy progressive’owych brzmieniach set de facto powinien zaczynać całą imprezę. Wskazywałaby na to logika imprez ASOT z ostatnich lat, kiedy to zabawę zwykł zaczynać sam Armin van Buuren swoim warmup setem. Jednakże szkoły ustalania kolejności występów są różne – a że u nas utarło się, że Polacy to co najwyżej jako wczesny support mogą grać, to tak też było tutaj. No ale wracając – występ Tibora wprowadził na arenę naprawdę dobry klimat. Nie zabrakło autorskich produkcji oraz niewydanych utworów, a także zahaczających powoli o techno momentów. To nie był ostatni set pokazujący, w którą stronę coraz chętniej uśmiecha się cały EDM po pandemii. Reasumując – set ReOrdera, jak i język czeski, jest pomidorek. Na to, że nie jestem w tej opinii odosobniony, niech świadczy fakt niemal pełnej płyty pod koniec seta.

Następny w lineup’ie był Ruben de Ronde – postać, bez której, obok Armina, ASOT nie byłby ASOTem. Jego set zaczynał okres imprezy, na który czekałem najbardziej. Wysoko cenię sobie bowiem progressive trance – głównie w wydaniu rodem z Anjunabeats (do czego dojdziemy za chwilę), ale Ruben także sobie dobrze poradził. Udało mu się sprawnie przejść od bardziej głębokich i mimo wszystko nieco oddalonych od typowego trance’u brzmień ReOrder’a do brzmień, z których jest na tej scenie znany. Set niemalże w pełni składał się z autorskich propozycji. Niemalże, ponieważ za ID (których Holender zagrał aż pięć), nie ręczymy. Na koniec znalazło się nawet miejsce na uplifting trance, którego – jak już wspomniałem wyżej – było niewiele.

Dotychczas każdy z DJów prezentował głównie własną twórczość. I nie inaczej było w przypadku następnego gościa, którym był Ilan Bluestone. Niestety, część tego występu nam umknęła – niestety, rozdwoić się nie dało, a wywiad z Rubenem nagrać trzeba było (swoją drogą, wkrótce zobaczycie go na naszym kanale YouTube). Na szczęście cała impreza była transmitowana, więc pominięte na żywo fragmenty mogłem swobodnie nadrobić. A było co nadrabiać! Reprezentant Londynu jak z rękawa rzucał swoimi oryginałami i remiksami, stanowiąc notabene przedsmak tego, czego możemy spodziewać się podczas imprezy Anjunabeats Europe, która już w kwietniu w Gliwicach. I to właśnie podczas występu Ilana pojawiła się trance’owa wersja motywu z filmu “Gladiator”, okrzyknięta przez niektórych momentem całej imprezy. Natomiast ostatni kwadrans seta to było już upliftowe granie – wszak Ilan ma także swój projekt w takich klimatach o nazwie Stoneblue. Jak dla mnie set wieczoru. Zresztą, jeśli wierzyć opiniom innych osób obecnych na streamie lub na miejscu, opinia ta nie jest odosobniona.

Może być zdjęciem przedstawiającym 1 osoba i stoi

Czas na rekonesans

W międzyczasie była grana przerwa na jedzonko. Podczas imprezy towarzyszyła mi moja partnerka, która pełniła także rolę degustatora. Jako cel postawiony został hot-dog americana, który najpewniej był najgorszym możliwym wyborem. Podniebienie Kamili (w przeciwieństwie do mojego) jest dalekie od wybrednych, ale potrawa i tak została zjedzona z pewnym trudem. Tego typu przyjemność (w zestawie z półlitrową colą) kosztowała nas całe 24 złote. Możliwe też, że to my dokonaliśmy złego wyboru – wszak w ofercie były także między innymi zapiekanki (w cenie około 27 zł za zestaw z napojem), które zazwyczaj są bardziej pewne pod względem smaku. Tego jednak już nie zweryfikowaliśmy.

Skoro przy gastronomii – podczas imprezy można było kupić także piwo. Wykastrowane (takie przepisy, że max 3,5 volta może być) Tyskie o pojemności 0,4l w cenie 15 zł to deal z kategorii “widywaliśmy w naszym życiu lepsze”, ale jak na halowe (czy też stadionowe) warunki wygląda na dość standardowy.

W międzyczasie pozwoliliśmy sobie także na rekonesans po terenie imprezy. I jeśli miałbym o coś zrugać w temacie organizacji, to z pewnością za liczbę wejść/wyjść z płyty. Potrafiło się na schodach robić naprawdę tłoczno, czego wyraz mogliśmy usłyszeć z ust niektórych uczestników spotkanych na tych schodach. Oprócz tego większych wpadek nie było – praktycznie wszystko było całkiem dobrze oznaczone, nie było większych kłopotów z tym, aby trafić w zamierzone miejsce.

Wróćmy jednak do muzyki – bowiem za deckami zainstalował się już Ferry Corsten. I z przykrością muszę przyznać, iż był to najmniej interesujący i spójny set wieczoru. Holender nie ma w ostatnim czasie jasno określonego stylu i niestety z tym występem było podobnie. Z najlepszych stron zdecydowanie fragmenty z techno oraz zagranie “Domino” Oxii w nowej wersji, zaś z najsłabszych – nie do końca pasujący remix “God Is A DJ” od Davida Guetty. Oczywiście nie zdziwię się, jeśli moją ocenę tego występu weźmiecie za zwykłe czepialstwo. Dotychczasowe występy były na tyle dobre jakościowo, że ten na ich tle wypada stosunkowo blado. Ale z drugiej strony – może taki set jest potrzebny, aby każdy, kto ma pójść do baru albo do toalety przed setem gwiazdy wieczoru, zrobił to właśnie wtedy? Kto wie… W każdym razie – zdecydowanie lepszy był według mnie występ Ferry’ego jako Gouryella na Dreamstate Europe 2019. Albo może to ja jestem dziadem bolońskim i mam słabość do upliftów, przez co nie mogę tego obiektywnie ocenić?

Może być zdjęciem przedstawiającym 1 osoba

Przed nami gwiazda wieczoru

Skoro przy ocenach – nie będzie takowa łatwa w przypadku gwiazdy wieczoru. Początek był naprawdę ciekawy – specjalnie przygotowane na eventy związane z pomocą Ukrainie intro zastąpiło najpewniej hymn ASOT 1000, o który ból tyłka niektórzy twardogłowi będą mieć jeszcze w okolicach Chanuki, jeśli nie dłużej. A co dalej? Hmmm..

Armin van Buuren nieczęsto podczas ASOTów w ostatnich latach jest okrzykiwany kimś, kto zagrał set wieczoru. I trochę się temu nie dziwię – jego set to były tak naprawdę jedyne chwile, kiedy w nazwie A State Of Trance zaczynało brakować tego ostatniego słowa. Do tego jednak musimy chyba się już przyzwyczaić – sam Armin wszak kiedyś mówił o tym, aby więźniem jednego gatunku nie być. I ja to kupuję – choć pokraczne “No Fun” w mashupie z “Do It To It” konsternowało nie tylko mnie. Na szczęście z każdą minutą było już tylko lepiej – usłyszeliśmy więc co lepsze nietrance’owe utwory Armina (w tym też VIP Mix collabu z R3HABem, który sprawuje się zdecydowanie lepiej niż oryginał), potem trochę trance’owych rzeczy, aby przejść do… segmentu z techno. Armin ewidentnie zaczyna mieć słabość do tego typu brzmień – i niech tego przykładem będzie współpraca z Reinierem Zonneveldem. Po paru głębszych utworach do głosu ponownie wrócił trance, i to w odsłonie, która zadowoliła chyba większość słuchaczy. Tego typu granie zdominowało drugą godzinę czasu antenowego Armina.

Niezależnie jednak od tego, co Armin zagrał, to jedno warto zaznaczyć – ma skubany siłę przyciągania. I niech świadczy o tym załączony obrazek wykonany w pierwszej godzinie jego seta. Gwoli dodania kontekstu – przez całą resztę imprezy w tym miejscu były tłumy. Szanuję.

Po godzinie 2 niestety zrobiliśmy w tył zwrot i zmyliśmy się z imprezy. Czy tego żałuję? Słuchając już z odtworzenia seta Solarstone‘a jestem skłonny powiedzieć, że tak. Słuchając Vini Vici – już niekoniecznie. W każdym razie pójdźmy chronologicznie. Izraelski duet (choć jak zwykle za deckami w pojedynkę) zagrał swoje – ale jak trzeba było (a taka sytuacja miała miejsce dwukrotnie), to dołożył jakimś hardstyle’owym remixem (notabene to był jedyny moment wieczoru, kiedy takie granie mogliśmy usłyszeć). O tej porze (czyli po 2 w nocy, tuż po gwieździe wieczoru) tego typu mocniejsze granie zdało egzamin. Nie zmienia to jednak faktu, że tego wieczoru słyszeliśmy już lepsze (oczywiście w mojej opinii) sety.

A co z tym pierwszym? To był już towar dla koneserów, na co wskazywać mogła coraz bardziej szczuplejąca frekwencja. Szkoda, że najbardziej trance’owy wykon miał miejsce tak późno, przez co wiele osób po prostu nie było w stanie do niego dotrzymać. Nie był to jednak mój faworyt, choć wciąż uważam ten set za jeden z lepszych, jaki miał miejsce w TAURON Arenie.

No dobrze, więc jaka jest moja kolejność setów w skali od najlepszego do najgorszego? Oto ona!

1. Ilan Bluestone
2. ReOrder pres. RRDR
3. Solarstone
4. Robbie Seed
5. Ruben de Ronde
6. Armin van Buuren
7. Vini Vici
8. Ferry Corsten


Posłuchaj setów z ASOT 1000 Poland!


Jest jeszcze jeden aspekt, o którym chciałbym wspomnieć – a jest nim udźwiękowienie. Jeden z organizatorów w rozmowie jeszcze przed imprezą odważnie twierdził, że pod tym względem będzie naprawdę dobrze. Ja wolałem poczekać z werdyktem do momentu, aż sam to stwierdzę. I wiem, że niektórzy narzekali na akustykę, ale dla mnie ten aspekt dał radę. Doły nie były tak męczące, jak przykładowo na Heartbeat Festival, nie było też problemów jeśli chodzi o rozchodzenie się dźwięków po hali. W skrócie – ekipa odpowiedzialna za ten odcinek eventu dała radę.

A, i jeszcze taki luźniejszy aspekt, jaki rzucił nam się w oczy. Impreza charakteryzowała się dość wysoką średnią wieku. Konkretnych danych nie mam, ale stojąc kilkanaście minut pod areną i czekając na spóźnionego znajomego z konkurencyjnego portalu (btw da się normalnie współegzystować w branży bez nakręcania wojen plemiennych, czego niektórzy wciąż nie potrafią pojąć) dało się zauważyć dużą ilość osób, które mogą dobrze pamiętać pierwsze edycje Sunrise Festival. Nie brakowało oczywiście młodszych imprezowiczów – było ich niemało – ale reprezentacja tzw. “starej gwardii” była naprawdę mocno widoczna. Pozazdrościć takiej zajawki, choć tego typu tendencja może niepokoić w kontekście najbliższych lat na scenie eventowej. Ale to już temat na inną okazję.

Naprawdę dobrze było!

Tak na dobrą sprawę to ciężko o coś, co dyskwalifikowałoby to wydarzenie z mojego punktu widzenia. Wszak jeśli mowa o tych korytarzach na płytę, to w wypadku jakiegoś nieprzyjemnego wydarzenia w grę wchodzą wyjścia ewakuacyjne, zaś jedzenie to kwestia już zupełnie subiektywna. Podobnie też jest z udźwiękowieniem – spotkałem negatywne komentarze, więc ustawienie tego typu mogło komuś się nie spodobać. No i w końcu lineup, który zawsze jest przedmiotem dyskusji. W każdym razie – jeśli mam w skrócie powiedzieć o ASOT 1000 Poland, to powiedziałbym o solidnie zrobionym evencie, będącym notabene udanym powrotem MDT Production do halówek. Fajnie wyszło!


foto: własne, Hiczek, materiały organizatora

kontakt