Jest „hard”, ale czy na pewno „well”? Recenzja nowego albumu Hardwella pt. „REBELS NEVER DIE”

Wielki powrót Hardwell’a w 14 utworach. Jak “REBELS NEVER DIE” sprawuje się w pełnej krasie? Czas to sprawdzić!

2sher

Jak wracać, to w wielkim stylu – taki plan najpewniej ułożył sobie w głowie Hardwell przy ustalaniu szczegółów powrotu na scenę. Mało kto jednak spodziewał się skrętu Holendra w stronę mariażu bigroomu z techno. Jego pierwszy występ po niemal czteroletniej przerwie zaskoczył nie lada wielu fanów i obserwatorów tematu. Opinie dotyczące zaprezentowanego na Ultra Music Festival 2022 były w większości pozytywne, a ostateczną weryfikację projektu “powrót” mieliśmy otrzymać przy okazji premiery drugiego studyjnego albumu producenta z Bredy.

Oficjalna premiera “REBELS NEVER DIE” już za nami. Jak nowy materiał Robberta radzi sobie pół roku po pierwszym odsłuchu, przy okazji występu w Miami? Zastanówmy się nad tym.

Nihil novi…

Na sam początek powiedzmy sobie wprost – w nowym wydawnictwie Hardwella nie ma nic, czego byśmy nie znali z występu na UMFie. Wszystkie utwory, które pojawiły się w trackliście, pojawiały się sukcesywnie od początku kwietnia do dnia premiery albumu, kiedy to oficjalnie ukazał się tytułowy singiel. W to włączamy również rework “Spaceman”, który został opublikowany jako free download na soundcloudzie Holendra.

Ale dobrze, rzućmy uchem na wszystkie 14 kawałków w kolejności, jaką sobie dwukrotny zwycięzca DJ Mag Top 100 DJs ułożył. Zaczynamy od “BROKEN MIRROR“, które otwiera cały album oraz występy Hardwella w trwającej obecnie powrotowej trasie. Tutaj tak na dobrą sprawę ciężko powiedzieć cokolwiek więcej poza tym, że z pewnością ten track wprowadza konkretną atmosferę na początku koncertu.

Drugim w kolejce kawałkiem jest “INTO THE UNKNOWN“. Co prawda ukazał się on jako pierwszy z najnowszego repertuaru Holendra, ale mimo to wciąż brzmi naprawdę świeżo. Na plus szczególnie klimatyczny break.

Numer trzy to “F*CKING SOCIETY“. Jeśli ktoś szukał pierwiastka “starego” Hardwella, to odnajdzie go już tutaj. “Melodyjka” w breaku oraz partia perkusyjna z pewnością mogą przypominać propozycje bossa labelu Revealed sprzed odejścia na kilkuletni urlop. Niestety, mi ten kawałek zdążył się już przejeść – i to niesamowicie. Słyszałem go wielokrotnie podczas tegorocznych festiwali, i przez ten czas zyskał on miano jednego z najsłabszych z całego albumu.

Lecimy dalej. “BLACK MAGIC” jest trackiem w nieco innym brzmieniu – tutaj bigroom techno oddaje nieco pola klimatom future rave, także będącym jednym z festiwalowych trendów w ostatnim czasie.

Pod numerkiem 5 jest z kolei “DOPAMINE” – mocno bigroomowa melodia w breaku przechodzi do dropa, który – wraz z tłustym kickiem – nadaje konkretnego vibe’u głównej części tracka. Robbert zrobił to dobrze, choć tutaj mam pewne obawy, że przy większej liczbie odsłuchów może się znudzić, podobnie jak “F*CKING SOCIETY”.

Następnie przychodzi czas na kawałek “GODD“. Wokal nieco mnie męczy, ale za to break jest moim ulubionym na całym “REBELS NEVER DIE”. W pierwszej części dostajemy euforyczne, trance’owe wręcz pady, aby bliżej dropa przejść w brzmienie mające iście rejwowe konotacje, które kontynuowane jest w drugim dropie.

Siódemka to “PACMAN” – track, którego słuchałem przed premierą całkiem często. Przez to też nie wracam do niego w ostatnim czasie zbyt często. Trzeba jednak oddać Hardwellowi, co Hardwellowe – ten numer ma coś w sobie, przez co nieraz chętnie go słuchałem w formie fragmentu z seta z Miami.

Im dalej w las…

Jesteśmy tym samym na półmetku “REBELS NEVER DIE”. Drugą część albumu otwiera “MIND CONTROL” – kawałek, który wręcz należy spropsować za kreatywność. Objawia się ona w głównej mierze w breaku, który – jak dla mnie – został poprowadzony w naprawdę kapitalny sposób.

Jeśli komuś brakowało bigroomu w (niemalże) czystej postaci, to niech ten ktoś sprawdzi dziewiąty kawałek z albumu. “REMINISCE” zdecydowanie bliżej do święcącego triumfy w EDMie nurtu niż do techno – i dobrze, bo takie wybiegi są też potrzebne, jeśli chce się uatrakcyjnić efekt końcowy, jakim jest cała płyta.

Czy numer 10 na trackliście to strzał w dziesiątkę? Można tak to nazwać – “ZERO GRAVITY” od pierwszych sekund samo wkłada się do szufladki “festival weapons“. Tutaj Robbert postanowił nieco poromansować z acidowym soundem, co słychać w głównej mierze w pierwszym dropie. Sama struktura tracka jest dość prosta i nie ma w niej – w odróżnieniu do kawałków z pierwszej części albumu – miejsca na długie breaki. To musi dawać radę na dużych scenach!

Nie inaczej jest także z “LASER“, które jest jednym z moich faworytów z całej płyty. Tu nie ma brania jeńców, tylko walenie – na co sama nazwa kawałka wskazuje – laserami na pełnej. Jeśli gdzieś technika sceniczna ma się wyżyć, to właśnie na tym tracku.

Do pieca daje również “I FEEL LIKE DANCING“, które co prawda nie jest w gronie moich ulubieńców z “REBELS NEVER DIE”, ale i tak jest warte docenienia. Tutaj na pierwszy plan wybija się bez wątpienia oldskulowe brzmienie melodii, które kieruje bigroom techno Hardwella nieco bardziej w kierunku rave’u.

Teraz dochodzimy do mojej ulubionej propozycji z całej czternastki. “SELF DESTRUCT” to festiwalówka pełną gębą, która – i tu mała łyżka dziegciu w tej beczce miodu – zyskuje dużo, gdy podkręcimy tempo o dosłownie kilka BPMów. Przykładu zastosowania nie musicie szukać daleko – wystarczy, że wrócicie do występu Robberta na UMFie.

Całe wydawnictwo zamykane jest przez tytułowy singiel. “REBELS NEVER DIE” urzekło mnie przede wszystkim trance’owym breakiem. Ale, żeby nie było zbyt dobrze – wokal na dropie irytuje mnie tu niemiłosiernie!

Niemal godzinna podróż przez nowe oblicze Hardwella z pewnością należy do udanych. Nie brakowało naprawdę dobrych breaków, wgniatających słuchawki w małżowiny dropów czy – co na pierwszy rzut ucha nie jest tak łatwe do zauważenia – różnorodności. Ale gdyby wszystko było idealnie, to byłoby przecież zbyt nudno, co nie?

Album użytkowy

Jak już zauważyłem na początku recenzji, w “REBELS NEVER DIE” bardzo brakuje efektu zaskoczenia, jaki otrzymujemy zazwyczaj przy premierach albumów. De facto nie było na co czekać do dnia oficjalnego release’u – wszystko poznaliśmy już prawie pół roku. Co więcej, numery te zdążyły się już osłuchać, a nawet znudzić. I o ile w wypadku słuchania studyjnego albumu znane już i oklepane single są dopełnieniem masy nowych utworów, jakie prezentowane są w chwili premiery całej płyty, o tyle tutaj tego nie otrzymujemy.

Przede wszystkim jednak “REBELS NEVER DIE” nie jest czymś, co nadaje się do słuchania w domowym zaciszu. Jest to muzyka stricte festiwalowo-koncertowa i to właśnie tam te wszystkie tracki powinny nabrać odpowiedniego wydźwięku. To jest zresztą problem trapiący praktycznie wszystkie stricte festiwalowe produkcje. Nie dziwi więc, że inni producenci (w tym Hardwell przy “United We Are”) dokładają do tracklist swoich albumów propozycje w innych stylach. Dzięki temu repeat value całego materiału jest większy.

Wspomniany wcześniej odpowiedni wydźwięk byłby moim zdaniem na pewno jeszcze lepszy, gdybyśmy nie znali wszystkiego od dechy do dechy od kilku miesięcy. Na szczęście podczas trasy Hardwell gra także reworki swoich hitowych singli sprzed lat paru, dokładając do tego jeszcze utwory wykraczające nieco poza bigroom techno. Najbliższa nam geograficznie okazja ku temu, aby tego wszystkiego zaznać, będzie już 12 listopada w łódzkiej Atlas Arenie – szczegóły i bilety znajdziecie pod tym linkiem.

Podsumowując – nie otrzymaliśmy, niestety, epokowego wydawnictwa, które zapamiętamy na lata. “REBELS NEVER DIE” jest po prostu całkiem spoko. Warto jednak pamiętać o tym, że kawałki z albumu uwalniają swój pełen potencjał dopiero na naprawdę potężnym nagłośnieniu.


4,0 rating
4/5
Ocena
Good

2sher

Total
11
Shares
☕ Postawisz nam kawusię?