Są momenty, w których organizatorzy imprez wylewają siódme poty, dopinając lineup marzeń, a i tak do historii przechodzi zupełnie inna część programu. Tegoroczna edycja festiwalu Lollapalooza w Chicago miała wszystko. Była Charli XCX robiąca „deszcz” z damskiej bielizny, The Smashing Pumpkins wyciągający na scenę Olivię Rodrigo i w sumie ponad 170 artystów na ośmiu scenach. Niektórzy o imprezie będą pamiętać jednak z zupełnie innego powodu.
Jak rodzi się (anty)legenda
W pewnym momencie bowiem nad głowami publiczności zaczął wędrować… wilgotny karton z foliowym woreczkiem wypełnionym moczem. Był to efekt internetowego żartu. Jak ustalił serwis Consequence, całość zapoczątkowała Lindsey Perrin z Indianapolis, która rzuciła pomysł dla beki, gdy zobaczyła, w jak błotnisty grajdół zamienił się Grant Park. Jeden post na Instagramie później – i „woreczek” stał się największym nieoficjalnym punktem programu Lollapaloozy 2026.
Reakcje w sieci mówią same za siebie. „Co jest nie tak z tym pokoleniem”, „Czemu oni po prostu to podają?!” – grzmieli jedni. Inni woleli obrócić rzecz w żart: „W moich czasach po prostu przepychało się przez tłum do kibla i wracało jak człowiek. To jest obrzydliwe” – westchnął jeden z komentujących, dorzucając klasyczne „get a diaper” (weź pieluchę) pod adresem sprawcy.
Objaw szerszego problemu
A mowa tu o zjawisku, które w ostatnim czasie wraca jak bumerang. Pieluchy na koncertach żartobliwie podnosił już Noah Kahan, a temat fanów koczujących przy barierkach za wszelką cenę komentowała Olivia Rodrigo. Wygląda na to, że pogoń za miejscem w pierwszym rzędzie potrafi wyłączyć u ludzi wszelkie hamulce. Również te najbardziej podstawowe.
Morał? Chyba żaden. Poza tym, że tam, gdzie tłum jest gęsty, a do toalety daleko, internet i tak zapamięta akurat to, a nie występy na scenie.


