RELACJE Z INNYCH DNI: DZIEŃ 2 | DZIEŃ 3

Tegoroczna edycja Sunrise Festival jest wyjątkowa z wielu powodów. Najistotniejszym aspektem jest rzecz jasna nowy, większy teren – byłe lotnisko wojskowe w Podczelu, które pozwoliło na większą ilość scen oraz między innymi pole namiotowe. Postanowiliśmy sprawdzić, jak siedemnasta edycja imprezy wygląda w praktyce – każdego dnia zabawy otrzymacie więc relację, opisującą wydarzenia mające miejsce na nowym kompleksie. Zaczynamy od dnia pierwszego!

Na start muzyka – na scenie Red Adam De Great zrobił naprawdę świetną robotę. Usłyszeliśmy całą masę klasyków, na które publiczność zareagowała bardzo pozytywnie. Polak żonglował gatunkami, co było świetną przystawką przed daniami głównymi mainstage’u. Adamowi z pewnością sprzyjała bardzo duża frekwencja od samego początku występu.

Jedziemy dalej – Melo.Kids, zajmujący ostatni polski slot na Red Stage tego dnia, zagrali sporo utworów z gatunku Bass House, zmashupowanych z hitami muzyki popularnej. Reakcje imprezowiczów mówiły wszystko – było czuć prawdziwą energię, która aż wylewała się z coraz liczniejszego tłumu.

Później przyszła pora na mały odpoczynek od sceny głównej, i w tym momencie zaczęły się schody. Przejście ze sceny Red czy też Silver na pozostałe sceny i w drugą stronę zajmuje sporo czasu. Wszystko przez niefortunne ustawienie strefy gastronomicznej na głównej ścieżce łączącej sceny, która była po środku. Przechodziła tamtędy masa ludzi i przejście z jednego miejsca do drugiego – zważywszy na długie kolejki do stoisk z jedzeniem i jeszcze dłuższych do kas, w których można było kupić żetony, zajmowało trochę czasu. Jednak wyprawa ta była warta swojej ceny.

Scena White w piątkowy wieczór była sygnowana nazwą labelu Olivera Heldensa – Heldeep. O godzinie 21 miał zjawić się EDX, jednak zamienił się on slotami z Norą En Pure, która miała zagrać po nim. Nie zabrakło tu problemów technicznych. W trakcie występu pochodzącej z RPA artystki pojawiało się logo EDX’a. Na scenie były też widoczne komunikaty z systemów osób odpowiadających za animacje, których na widoku być nie powinno. Często też pojawiały się punkty mapowania maski, co wyglądało nieco nieprofesjonalnie. Na szczęście aspekty czysto muzyczne dopisały odpowiednio – set Nory był niezwykle klimatyczny i można było przy nim odpłynąć. Ludzie wyglądali na niezwykle odprężonych. Nieco mniej przypadł do gustu set MK – weteran sceny złożył swojego seta praktycznie wyłącznie z house’owych numerów, które po jakimś czasie zaczęły się nudzić.

Dużo więcej oczekiwaliśmy również od Fedde Le Granda, na którego trafiliśmy przy powrocie na Red Stage. Holender grał głównie bass house’owe numery, a niektóre z nich podchodziły nawet pod vixę. Nasze zdanie jest jednak nieco odmienne od odbioru występu przez rozentuzjazmowany tłum.

Pozytywnym zaskoczeniem było z pewnością wprowadzenie na scenę wcześniej już obecnego duetu Melo.Kids, którzy wydali już dwa numery w wytwórni autora hitu “Put Your Hands Up 4 Detroit”. Panowie zaprezentowali wspólnie remix Polaków do utworu “Rockafeller Skank” Fatboy Slima, który od dłuższego czasu jest stałym punktem setlisty producenta.

Następną gwiazdą, która była obowiązkowym punktem naszej relacji, był Oliver Heldens. Młoda gwiazda future house doskonale czuła się na własnej scenie i festiwalu, który już doskonale zna. Oczywiście pojawiły się największe hity, jednak Oli postanowił się trochę pobawić, serwując między innymi dawkę Techno czy też lżejszego House’u, co było niezwykle miłym zaskoczeniem i odskocznią od klasycznego stylu artysty. Wspaniałym doświadczeniem było zanucić “Gecko” czy “Fire In My Soul” z resztą obecnych w sporej ilości fanów.

W ten czas na scenie głównej królowały bigroomowe utwory prezentowane przez królów tego gatunku – W&W. Była to solidna rozgrzewka przed gwiazdą, na którą wszyscy czekali. Na Armina van Buurena przyszły ogromne tłumy. Ktoś, kto nie zdążył dostać do przodu, musiał zadowolić się widokiem z baaaaaardzo daleka. Ten moment imprezy pokazał nam że pole przed sceną Red było zdecydowanie za małe. Miejmy nadzieję, że w przyszłych edycjach organizatorzy zwrócą na to uwagę.

Legenda muzyki elektronicznej zahipnotyzowała wszystkich swoim niesamowitym setem. Dla nas jednak cichym bohaterem zakończenia pierwszego dnia był Headhunterz. Holenderski producent muzyki hardstyle naprawdę wczuł się w swój set i było to doskonale widać. Ludzie doskonale bawili się na Silver Stage, i także przez pryzmat pozostałych występów jesteśmy zdania, że podczas przyszłej edycji Sunrise Festival powinno być więcej takiej muzyki!

Niestety, spora ogólna frekwencja nie przełożyła się na hucznie zapowiadaną scenę pochodzącej z Ibizy marki ANTS. Nie ma się co dziwić – Techno i Tech House to mimo wszystko wciąż bardzo niszowe gatunki. Miłym zaskoczeniem była Blue Stage, na której dumnie rozbrzmiewała muzyka Trance. Wiele osób przyjechało tutaj właśnie z tego powodu. Była to jedna z najbardziej obleganych scen i nie ma się co dziwić, wszak w Polsce mamy naprawdę wielu fanów tego gatunku.

Kiedy przybyliśmy na teren festiwalu w środę, zwróciliśmy uwagę na położenie scen w dosyć niewielkiej odległości od siebie. Mieliśmy więc spore obawy o to, dźwięk ze scen będzie się przenikał, w efekcie ubijając ich potencjał. Na szczęście udało nam się zakończyć pierwszy dzień, będąc w pełni usatysfakcjonowanymi ludźmi. Stojąc w obrębie danceflooru każdej ze scen bardzo trudno było wyczuć zakłócenia. Dodatkowo jakość dźwięku stała na naprawdę wysokim poziomie, dzięki czemu wielogodzinne obcowanie w obecności muzyki o bardzo wysokiej głośności nie sprawiało większego dyskomfortu. W tej kwestii naprawdę musimy pochwalić Panów dźwiękowców.

Jednak nie wszystko było takie kolorowe. Niektórzy bardziej wcięci festiwalowicze najzwyczajniej w świecie postanowili oddawać mocz w miejscach, które nie były do tego przystosowane. Niektóre toalety także pozostawiały wiele do życzenia odnośnie czystości – jednak to już wina co poniektórych nieodpowiedzialnych użytkowników imprezy. Przez awarię systemu płatności opaskami kolejki po żetony były naprawdę ogromne. Wszyscy, którzy chcieli coś zakupić na terenie festiwalu, musieli się uzbroić w cierpliwość. Sporym problemem był także brak dostępu do internetu – gdyż sieć komórkowa została po prostu przeciążona.

Osobiście ta kwestia nas nie dotyczyła, jednak warto o niej wspomnieć – podczas powrotu z imprezy, uczestnicy napotkali spore problemy komunikacyjne. Są jednak dobre wieści – organizatorzy wydarzenia we współpracy z włodarzami miasta dogadali uruchomienie powrotnych autobusów z Podczela do Kołobrzegu. Więcej szczegółów znajdziecie tutaj.

Ta dosyć spora łyżka dziegciu nie zmienia jednak faktu, że pierwszy dzień Sunrise Festival oceniamy jak najbardziej pozytywnie. Tymczasem oczekujemy na drugi dzień, który zapowiada się jeszcze lepiej niż poprzedni. Dzisiejsze timetable znajdziecie tutaj, zaś relację – na naszym Facebooku i Instagramie. O ile internet nam na to pozwoli 😉