Polski rynek festiwalowy rozwija się w ostatnich latach w zaskakującym tempie. Szczególnie okres popandemiczny pokazuje nam, jak szeroki może być ten krajobraz – szczególnie, jeśli dodamy do tego koncerty. Chcąc osiągnąć sukces, trzeba być odważnym – i właśnie taką cechą charakteryzował się FEST Festival. Impreza organizowana w Parku Śląskim w Chorzowie od debiutu w 2019 roku rosła w siłę, ściągając nad Śląsk coraz większe światowe nazwiska. Mówiło się nawet o tym, że event ten rzuca rękawicę Open’erowi. Latem 2023 roku ta historia zamieniła się jednak w jeden z najgłośniejszych upadków w dziejach polskiej branży muzycznej. I to dosłownie na kilka dni przed startem.
Ambicje od samego startu
Już w 2019 roku – czyli podczas debiutu – grono headlinerów wyglądało okazale. Wówczas głównymi awizowanymi gwiazdami byli Alan Walker, Disclosure, Jaden Smith, Lost Frequencies i Wu-Tang Clan (ostatecznie nie wystąpili). Jak na pierwszą edycję – lipy nie było. Od pierwszej edycji organizatorzy ujawniali też swoje zorientowanie na muzykę elektroniczną. Widać to było nie tylko na liście headlinerów, lecz także w uruchomieniu scen na Kręgach Tanecznych, które stały się znakiem rozpoznawczym imprezy.
W 2020 roku event się nie odbył z powodów oczywistych. FEST Festival był jednak jednym z pierwszych dużych wydarzeń muzycznych w Polsce, które powróciły po pandemicznej przerwie. 2021 rok zdaje się być prime momentem pod kątem pierwszej linii lineup’u. Głównymi gwiazdami byli bowiem Kygo, James Bay, Alan Walker i Paul Kalkbrenner. Rok później na czele składu stali Quebonafide, The Chainsmokers i Stromae. Czoło listy płac nie oddaje jednak tego, jak szeroki mieliśmy wybór każdego roku. W sumie do dyspozycji mieliśmy cztery główne sceny, cztery Kręgi Taneczne i kilka innych pomniejszych scen czy stref partnerskich. W skrócie – tam było co robić.
Nie dziwi więc fakt, że połączenie ciekawych wyborów lineup’owych, dobrej organizacji, nienajdroższych biletów i vibe’u, jaki dawał Park Śląski robiło nie lada zamieszanie na scenie festiwalowej. Jest jednak takie powiedzenie – „jeśli coś jest zbyt piękne, żeby było prawdziwe, to zapewne takie nie jest”. No i nie było – tyle, że była to bomba z opóźnionym zapłonem.
Jesteśmy w 2023 roku. W piątek 4 sierpnia, na kilka dni przed otwarciem bram FEST Festival, w sieci zaczęły krążyć zdjęcia z terenu Parku Śląskiego, na których zamiast montażu scen trwało… rozbieranie infrastruktury. Kilka godzin później przyszło oficjalne potwierdzenie: festiwal zostaje odwołany. Notabene – oświadczenie zostało opublikowane o godzinie… 21:37. Znamienne.
Gra w gorącego ziemniaka
To, co wydarzyło się później, tylko pogłębiło chaos. Organizatorzy – spółka FEST Festival, powiązana z Follow The Step – w pierwszym oświadczeniu wskazali, że zostali zmuszeni do uruchomienia postępowania upadłościowego. Jako przyczynę podali kryzys w branży eventowej i drastycznie niższą od zakładanej sprzedaż biletów, która osiągnęła zaledwie nieco ponad połowę planowanej frekwencji.
Kilka dni później nastąpił jednak zaskakujący zwrot. W kolejnym komunikacie ekipa FESTa przyznała, że „decyzja o upadłości była przedwczesna”, i zapowiedziała proces restrukturyzacji zamiast bankructwa. Dla obserwatorów był to sygnał, jak głęboki panuje w spółce chaos. Najpierw upadłość, potem odwołanie upadłości, a wszystko w ciągu kilku dni.
Im głębiej sięgano, tym mniej klarowny robił się obraz przyczyn. Oficjalna wersja mówiła o słabej sprzedaży biletów, ale kulisy ujawnione później sugerowały coś więcej. Mówiono choćby o napięciach z nieopłaconymi podwykonawcami, którzy mieli realny wpływ na to, czy impreza w ogóle ruszy. Do tego doszedł publiczny spór o odpowiedzialność. Organizator obarczył winą bileterię Going, ta zaś stanowczo odrzuciła oskarżenia. Zamiast jednej, klarownej przyczyny wyłaniał się splot problemów finansowych, organizacyjnych i komunikacyjnych.
Skala problemów finansowych szybko wyszła na jaw. Jak przyznawał sam zarząd, straty poszły w miliony i wielokrotnie przekroczyły to, czego festiwal potrzebował wcześniej na samą organizację. Wśród wierzycieli znaleźli się nie tylko fani, którzy nie odzyskali pieniędzy za bilety, ale przede wszystkim sponsorzy i podwykonawcy. Jeden z partnerów wspominał o fakturze rzędu pół miliona złotych za samą infrastrukturę. Od 9 sierpnia 2023 roku wobec spółek FEST Festival oraz Follow The Step ruszyły postępowania o zatwierdzenie układu.
Dla wielu uczestników najboleśniejszy był sam mechanizm rekompensaty. Zamiast zwrotu gotówki proponowano im bilet na kolejną, przyszłą edycję. Inna sprawa to to, czy ta edycja w ogóle by się odbyła.
Sprawa zwrotów obnażyła przy okazji szerszy, systemowy problem polskiego rynku biletowego. Wejściówki na FEST sprzedawano przez kilka platform – a od tego, gdzie akurat kupiło się bilet, zależało niemal wszystko. Część dystrybutorów deklarowała automatyczny zwrot środków w ciągu maksymalnie dwóch tygodni, inni zasłaniali się regulaminami wyłączającymi ich odpowiedzialność za działania organizatora. To postawiło pod znakiem zapytania rolę samych pośredników. Na ile platforma sprzedająca bilet odpowiada za wydarzenie, którego nie organizuje? Eksperci zwracali wówczas uwagę, że nie każdy zapis w regulaminie jest zgodny z prawem, a klauzule ograniczające prawa konsumentów mogą trafić do rejestru klauzul niedozwolonych UOKiK.
Nie tylko FEST – tu padła cała machina
Upadek chorzowskiego festiwalu nie wydarzył się w próżni, i nie był też problemem wyłącznie jednej imprezy. FEST Festival był bowiem tylko jednym z trybów znacznie większej maszyny. Agencja Follow The Step pod skrzydłami Szymanowskiego (i Macieja Korczaka) rozrosła się do rozmiarów, jakich sama nie była w stanie udźwignąć. W szczytowym momencie firma organizowała, jak przyznawał sam prezes, po około 500 koncertów rocznie – od elektroniki po zespoły pieśni i tańca. Koszty pensji dla pracowników i współpracowników wynosiły nawet pół miliona złotych miesięcznie. Mówimy więc o wielkim przedsięwzięciu.
Przy takiej skali coraz trudniej było nad wszystkim zapanować, co prezes opisywał zresztą wprost w „Podcaście zbiorowym”:
Follow The Step miało payroll miesięczny pół miliona złotych, co dawało sześć milionów rocznie samych kosztów związanych z pensjami. Trzeba zarobić te sześć milionów, a jeżeli nagle okazuje się, że rentowność na eventach spada, to stanowi dług, który trzeba opłacać innymi wydarzeniami. I tu się robi cała taka lawina i efekt domina.
Pierwsze pęknięcia było zresztą widać wcześniej, niż wielu sądzi. Już w czerwcu 2023 roku, a więc na blisko dwa miesiące przed sierpniową katastrofą, Follow The Step po cichu przełożyło na kolejny rok inną swoją imprezę – On Air Festival. W lipcu zaś przekładane były wydarzenia z klubu Praga Centrum, także mocno związanego z agencją. Wówczas mało kto połączył kropki, ale z perspektywy czasu widać, że był to pierwszy wyraźny sygnał, iż coś jest nie tak.
Mechanizm był więc prosty i bezlitosny. Część wydarzeń okazywała się „bublami nie do sprzedania”, nad którymi połowa zespołu traciła czas, byle tylko wyszły na zero, zamiast skupić się na projektach faktycznie zarabiających. Straty z jednych imprez łatano przychodami z kolejnych, a każda następna dziura powiększała poprzednią. FEST Festival, pochłaniający miliony i obarczony największym ryzykiem, wpadł w tę spiralę jako pierwszy i wciągnął ze sobą powiązane podmioty.
Najboleśniej pokazał to przykład festiwalu Wisłoujście, który Szymanowski współtworzył i który – jak sam przyznawał – pomagał finansowo FESTowi. Impreza odbywała się zaledwie dwa tygodnie po chorzowskiej katastrofie. Obecność Szymanowskiego w spółce stała się na tyle obciążająca wizerunkowo, że wspólnie z partnerami z Trójmiasta zdecydowano o jego wycofaniu się z projektu dla jego dobra. Nieodbyty FEST Festival nie zdołał też spłacić zobowiązań, które prezes zaciągnął, by ratować własny festiwal.
To wszystko każe patrzeć na upadek FESTu szerzej. Nie był to wyłącznie efekt jednego złego sezonu czy słabszego lineup’u. Skumulowały się tutaj przerośnięta struktura kosztów, zbyt wiele projektów naraz i model, w którym jedno potknięcie potrafiło pociągnąć w dół całą resztę. Rok 2023 – z inflacją, przesyceniem rynku i ostrożniejszą publicznością – tylko przyspieszył to, co i tak wisiało na włosku.
Chcesz coś z Avonu?
Historia nie zakończyła się od razu definitywnym zniknięciem marki. Pod koniec 2023 roku doszło do przyjęcia układu w postępowaniu restrukturyzacyjnym. We wrześniu 2024 organizatorzy zrobili ruch, którego mało kto się spodziewał – ogłosili chęć powrotu FEST Festivalu w 2025 roku. Prezes spółki Marcin Szymanowski zapowiadał działanie „transparentne”, mniejszą skalę, pełną kontrolę finansów, a nawet publiczny licznik sprzedaży biletów na stronie. Osobom, które nie odzyskały pieniędzy za edycję 2023, obiecywano darmowe wejściówki, jako swoiste symboliczne zadośćuczynienie.
Zapowiedź szybko zderzyła się jednak z rzeczywistością. Okazało się, że Park Śląski o powrocie imprezy dowiedział się… z mediów. Zamiast współpracy zaczęła się publiczna wojna na oświadczenia. Organizator utrzymywał, że jego prośby o kontakt są ignorowane, z czasem oskarżając wręcz Park Śląski o blokowanie imprezy i „sianie fake newsów”. Park konsekwentnie odmawiał, a na początku 2025 roku sprawa utknęła. Sceptycyzm co do tego powrotu wybrzmiał zresztą także na naszych łamach – w felietonie tłumaczyliśmy, dlaczego wielki powrót chorzowskiej imprezy po prostu się nie uda. Cóż, chyba mieliśmy rację.
Życie szybko zweryfikowało obietnice. Sprzedaż biletów na „nową” edycję nigdy nie ruszyła, obiecany licznik się nie pojawił, a zapowiadane umowy z zewnętrznymi dystrybutorami – które miały gwarantować bezpieczeństwo środków – nigdy nie zostały sfinalizowane. Zapytany przez dziennikarzy Park Śląski podtrzymał, że nie zawarł żadnej umowy na organizację imprezy i o kolejnych planach dowiadywał się z mediów, a sprawę skierował do kancelarii prawnej. Oficjalne kanały festiwalu w mediach społecznościowych po prostu zamarły.
Najboleśniejszy pozostaje jednak ludzki wymiar tej historii. Niemal trzy lata po odwołaniu tysiące osób wciąż nie odzyskały pieniędzy – nie tylko za bilety, ale i za noclegi, dojazdy czy wzięte specjalnie urlopy. Najgorzej wyszli na tym ci, którzy kupili wejściówki bezpośrednio u organizatora. Osoby korzystające z zewnętrznych bileterii w wielu przypadkach zwroty otrzymały. Jeden z poszkodowanych, cytowany przez Wirtualną Polskę, stracił na czterech karnetach około trzech tysięcy złotych i dziś nie wierzy już, że ktokolwiek odda mu te pieniądze. Grupy na Facebooku, na których planowano niegdyś zbiorowe pozwy, w większości zamilkły.
A miało być tak pięknie…
Warto cofnąć się do momentu, w którym Szymanowski ogłaszał powrót. W 2024 roku, w rozmowie z „Podcastem zbiorowym” (notabene opublikowanym w dniu ogłoszenia powrotu, przypadek?), prezes FEST Festivalu roztaczał wizję pełnej transparentności. Zapowiadał, że na stronie pojawi się licznik pokazujący na bieżąco sprzedaż biletów, że bilety będą sprzedawane przez zewnętrzne bileterie, które przetrzymają pieniądze aż do dnia festiwalu. Wszystko tak, by uczestnicy mieli „stuprocentową pewność” odzyskania środków w razie niepowodzenia. Deklarował też ogłoszenie całego lineup’u „jednym strzałem” około Mikołajek i ograniczenie kosztów do 12 milionów złotych. – Mam teraz jeden strzał, którego nie chcę zmarnować – mówił Szymanowski, przekonując, że wyciągnął wnioski z katastrofy.
W tej samej rozmowie padły jednak słowa, które dziś brzmią jak gorzka puenta całej historii. Pytany, dlaczego poszkodowani wciąż nie odzyskali pieniędzy, Szymanowski odpowiedział wprost:
Ludzie na pewno chcieliby dostać pieniądze. Gdybyśmy oddali kasę, to nie byłoby żadnego tematu. A gdzie są te pieniądze? Nie ma, wydane.
Tłumaczył, że środki pochłonęła nieodbyta edycja: około połowa z 13-milionowego budżetu na 2023 rok zdążyło już trafić między innymi do artystów, a główna scena stała gotowa w 80 procentach, gdy odwoływano festiwal. – Nie wydrukuję pieniędzy, nie mam drukarki – podsumowywał.
Żadna z zapowiedzi z tamtej rozmowy się nie ziściła. Licznik nigdy nie ruszył, umowy z bileteriami nie zostały sfinalizowane, a lineup’u nie ogłoszono. Deklarowana transparentność zamieniła się w ciszę.
Nowe otwarcie
Choć wobec poszkodowanych zapadła cisza, sam Marcin Szymanowski nie zniknął z branży eventowej. Jak wynika z rejestru przedsiębiorców, 6 lipca 2026 roku został prezesem nowej spółki „99 Dębów”, z siedzibą w zachodniopomorskim Starym Resku. I nie jest to podmiot uśpiony. Kilka dni później, 9-12 lipca 2026, w tej samej miejscowości odbył się Giegling am See, kilkudniowy festiwal muzyki elektronicznej cenionego niemieckiego kolektywu Giegling.
Że to nie przypadkowa zbieżność, potwierdza sam regulamin sprzedaży biletów festiwalu. W jego treści zapisano wprost, że wszystkie prawa i obowiązki wobec kupujących – łącznie z obowiązkiem zapewnienia wstępu na imprezę – mogą zostać przeniesione na „99 Dębów” sp. z o.o. z siedzibą w Starym Resku. Człowiek stojący za sterami spółki odpowiedzialnej za najgłośniejszą festiwalową klapę w Polsce ostatnich lat stoi więc dziś za polską odsłoną cenionego, niszowego festiwalu elektroniki. Zresztą, na tym nie kończy się udział Szymanowskiego w elektronicznej scenie. Nadal bowiem widnieje jako prezes zarządu i rzeczywisty beneficjent spółki Smolna38, odpowiedzialnej – a jakże – za klub Smolna. Business as usual.
I tak historia FEST Festivalu na ten moment nie doczekała się ani wielkiego powrotu, ani finału, który usatysfakcjonowałby wierzycieli. Jego twórca zaś zdążył już otworzyć kolejny rozdział, podczas gdy tysiące ludzi, którzy zaufali jego marce, wciąż zostają z niczym. To najbardziej gorzki z możliwych finałów, i zarazem najdobitniejsze przypomnienie, jak kruchy potrafi być festiwalowy biznes, gdy za rozmachem nie idzie odpowiedzialność. Szkoda tej imprezy tym bardziej z racji świeżego powietrza, które wpuściła na scenę festiwalową. Na FEST Festivalu występowało wiele postaci, których nie sposób było się spodziewać na innych tego typu wydarzeniach w Polsce. Wielu doceniało także mocny focus na taneczną elektronikę. Wreszcie FEST przypomniał festiwalowiczom o Parku Śląskim i o tym, jaki potencjał ma to miejsce. Teraz korzysta z tego ktoś inny.